Czas na poważną odpowiedź na pytanie, które każdy, kto rozważa oddanie głosu na mnie w nadchodzących wyborach, może mi zadać. Dlaczego kandydujesz? Pozostawiam na boku ambicję. Tu odpowiadam na to fundamentalne dla aktywnego polityka pytanie, ale istotne także dla polityka początkującego, obszernie, jak na materiał wyborczy i absolutnie szczerze, bez umizgów. Piszę o tym, dlaczego odważnie uważam, że moja obecność w Senacie może czemuś dobremu - w planie narodowym, społecznym, obywatelskim - służyć. I dlaczego to ja miałbym otrzymać ten mandat, a nie ktoś inny.
Piszę o tym w takim porządku: najpierw skąd jestem (wątki biograficzne), potem o swojej dotychczasowej politycznej aktywności, potem o tym, co, w polskiej polityce uznaję za konieczne, czego nikt za nas nie zrobi, o co ja sam będę ze wszystkich sił zabiegać, aby lepiej wykorzystać ten czas, który jest nam dany tak, by nasi potomni nie mogli powiedzieć za Wyspiańskim: „miałeś chamie….”.
Wątki biograficzne
Mam swoją biografię. Nie jest ona zła. Tradycja rodzinna. Wszyscy właściwie od pokoleń byli tam, w walce i w pracy, gdzie wielu, potem, kiedy historia zatoczyła koło, chciałoby być. Ojciec, Józef, chłopskie dziecko, ale wnuk powstańca styczniowego (co pośród chłopów na Podlasiu było niezwyczajne), dzięki temu właśnie uczeń przedwojennego Korpusu Kadetów w Rawiczu, w czasie wojny był oficerem w oddziale kontrwywiadu „Osa-Kosa” Kedywu KG AK. Po wojnie nie ujawnił się, przeżył niezdekonspirowany. Aż do swojej śmierci w 1969 roku był inżynierem, doktorem, projektantem, autorem podręczników, wykładowcą Politechniki Warszawskiej. Mama, Zofia Celińska z Lipskich, Sprawiedliwa Wśród Narodów Świata, odznaczona przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, ekonomistka, zachowała do dzisiaj fantastyczne zainteresowanie sprawami publicznymi. Śledzi, co się dzieje, uczestniczy na miarę swoich sił. Moja opozycyjność, wobec reżimu w PRL była naturalna, rodzinna, długoletnia i konsekwentna. Może dzięki temu bez neurotycznego zacięcia i nienawiści.
Jako nastolatek byłem harcerzem 1 WDH im. Romualda Traugutta, słynnej „Czarnej Jedynki”. Z zastępu, który prowadziłem w 1966 roku, wyszło trzech późniejszych członków Komitetu Obrony Robotników. Miałem 16 lat, kiedy po raz pierwszy, publicznie i z jakimś osobistym ryzykiem, zderzyłem się z władzą PRL. 24 czerwca 1966 roku, obchody Millenium Chrztu Polski. Potem wielokrotnie, za udział w dobrych sprawach byłem poddawany szykanom. W 1968 usunięto mnie, pierwszoroczniaka, za Marzec, za organizowanie strajku, ze studiów. Usunięto mnie, jako jedynego z roku, poza Krysią F., ale ona za ojca była usunięta a nie za własną działalność; nie było jej w Marcu na uczelni. Dzięki temu, że usunięto mnie z Uniwersytetu Warszawskiego miałem szczęście i okazję studiować filozofię chrześcijańską na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Poznałem tam świetnych ludzi. W Lublinie też podjąłem pierwszą w swym życiu pracę. Byłem robotnikiem. Obsługiwałem wirówki w chłodni, w fabryce leków. Potem, jeszcze podczas studiów, cudem i mądrością profesora Adama Podgóreckiego, zostałem uniwersyteckim asystentem. Na krótko. W 1977 znów mnie wyrzucono, za KSS „KOR”, za niezbyt legalną pracę z młodzieżą. Tam, w KSS „KOR”, byli wspaniali ludzie. Najlepsi z najlepszych, tzw. staruszkowie, siedmioro z nich z dawnego PPS. Więcej niż połowa rodaków jest za młoda, żeby to pamiętać. Dobrze, że młodzi żyją normalnie. Gorzej, że nie widzę, aby dzisiaj młodość była jakoś szczególnie aktywna dla ulepszania współczesnej Polski, by jej energia służyła naprawie tego, co dzisiaj w naszym życiu publicznym dotkliwie nam dolega.
Pomagał nam bardzo w walce o wolność, w tamtych czasach, Kościół. Kościół ma swoją wielką kartę w walce o godność ludzką, o wolność, o pełną niepodległość. Był to, w katach 70. Kościół otwarty, jak nigdy w naszej historii przedtem i, niestety, jak nigdy później. Byli z nami wielcy ludzie polskiej profesury. Zwłaszcza po wściekłym i szalonym ataku władz na wykłady niezależnego „Uniwersytetu Latającego”, który w końcówce lat 70. animowałem, profesura odezwała się setkami głosów dających jednoznaczne świadectwo hańbie ówczesnej władzy. Było to dla nas też parasolem.
Potem była „Solidarność”. Trudny bardzo czas. Ja wiedziałem od samego początku, że z tego wielkiego zrywu zwycięstwa jeszcze nie będzie. Nie był to czas na zwycięstwo. Breżniew żył. Kto go pamięta? Niemcy nie chcieli destabilizacji w Europie. Myśleli, nie tylko oni, że droga do ich zjednoczenia wiedzie przez Moskwę. W Ameryce, tuż przed stanem wojennym, w rozmowie z, m.in., zastępcą sekretarza stanu USA powiedziałem: „Solidarność” zimy nie przetrwa, ale my musimy robić to, co robimy, bo my nie wiemy w Polsce, kiedy powstaną warunki dla wolności i dla demokracji. Musimy więc inwestować w ludzi i w ich organizację, w możliwie gęstą sieć w całej Polsce, w ludzi gotowych podjąć się budowania demokracji, kiedy okoliczności zewnętrzne będą przyjaźniejsze. Nie wiemy kiedy takie okoliczności zajdą i nie wiemy, jak długo będą dla Polski przyjazne. Musimy być gotowi. Każde pokolenie musi być gotowe. Jednym ze słuchaczy był młody urzędnik, polish desk officer, Tom Simons. Potem ambasador USA w Polsce. Bardzo nam pomógł, kiedy tu był. Pomógł z redukcją naszego długu, w naszych pierwszych krokach ku NATO.
Potem, po 13 grudnia 1981 roku, było to, co musiało być. Internowanie i te rzeczy. Z najbliższej rodziny internowano nas siedmioro. Spędziłem ten czas we właściwym miejscu. Towarzystwo było znakomite.
W 1984 roku opublikowałem artykuł w podziemnym piśmie KRYTYKA. O przyszłości. Odważny, jak na człowieka „Solidarności”, aktywnego w podgryzaniu reżimu. Jego tezą było, że polski węzeł gordyjski może być rozwiązany i w końcu szczęśliwie będzie rozwiązany, ale jedyna droga do tego rozwiązania, korzystnego dla Polaków i Polski, i korzystna dla Świata, prowadzi przez dialog pomiędzy „Solidarnością” i PZPR. Kiedy to pisałem, wiedziałem, że w PZPR nie rozpatrują takiej możliwości. „Solidarność” też milczała. Gdy w 1987 roku, w wywiadzie dla amerykańskiej edycji Newsweeka powtórzyłem tezy tego artykułu z „Krytyki”, usłyszałem groźny pomruk z niektórych kręgów emigracyjnej „Solidarności”. Pociechą było, że ten pomruk szedł od emigracyjnej „Solidarności”, głównie ze Stanów i z Australii, a nie od krajowego podziemia. Było wiele jeszcze wydarzeń.
Dziś niejeden przyjmie to z niedowierzaniem, ale w latach 1987-1989, przez półtora roku, bardzo blisko współpracowaliśmy, w czwórkę, jako sekretarze Tymczasowej Rady „Solidarności” w egzotycznym dla współczesnych składzie osobowym: Jarosław Kaczyński, Lech Kaczyński, Henryk Wujec i ja. Strajk w Stoczni Gdańskiej, w maju 1988. Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie. „Okrągły Stół”. A potem już pierwsze dla mnie i wreszcie wolne wybory. Uzyskałem mandat senatora. Decydowało słynne zdjęcie, ale zasłużyłem sobie na nie. Mam też satysfakcję, że mimo politycznego rozstania Lechem Wałęsą, zaraz po zorganizowaniu jego wizyty w Stanach Zjednoczonych ze słynnym jego wystąpieniem przed połączonymi Izbami Kongresu i Senatu, dzisiaj znów mam z nim zdjęcie, replikę tamtego. I znów, jak wcześniej, ja bez krawata a on pod krawatem (to akurat przypadek). I, że to on te nowe zdjęcie zaaranżował, bez mojej prośby. Takie gesty wiele znaczą w życiu. Są bowiem sprawy ważniejsze od tego, co ludzi może w polityce dzielić. Debatując ze sobą, spierając zawsze myśleć się powinno o tym, co nas łączy, albo przynajmniej, co może połączyć.
Moja polityczna aktywność
Od 1989 roku funkcjonuję w ramach reguł demokracji. Aby coś zrobić, w publicznym planie życia, muszę mieć na to mandat. To rodzi przeróżne konsekwencje. Dla mnie oznaczało to zawsze gotowość do kompromisu, z drugiej zaś strony trudne decyzje odchodzenia, kiedy granice dopuszczalnego dla mnie kompromisu były przekroczone. Dla części wyborców jest to trudne do zaakceptowania. I może być niezrozumiałe, zwłaszcza, jeśli się nie robi wokół tego awantury. Ja odchodziłem spokojnie. Najpierw w 1989 roku, jeszcze przed wyborami czerwcowymi, chyba jako pierwszy z kręgu liderów „Solidarności” powiedziałem wyraźnie kolegom, że mnie, na tym etapie historii Polski, działalność związkowa nie interesuje. Co nie znaczyło, że uznawałem ja za mało istotną. Ja miałem przejmującą świadomość, może za bardzo przejmującą, że Polska wchodzi w czas absolutnie wyjątkowy. I to nie może być czas partykularnych gier i grupowych roszczeń. Że to musi być czas budowania fundamentów pod rynkową gospodarkę i fundamentów demokracji. Nie ma bowiem demokracji bez rynku. Nie ma wolności bez demokracji. A wolność człowieka jest najważniejsza. Wiedziałem aż nadto dobrze, że „Solidarność” mając wielki mandat moralny dla rządzenia krajem ma głęboki deficyt ludzi przygotowanych. Dotyczyło to polityki i, co gorsza, gospodarki. Uznałem, że ludzie tacy, nieskromnie piszę, jak ja, to jest ludzie o doświadczeniu pracy społecznej i z solidarnościowym mandatem, na dodatek kumaci, jak idzie o gospodarkę (choć dopiero po dwóch, trzech latach zrozumiałem, jak mało my wszyscy, włączając w to ludzi odeszłego do historii reżimu o gospodarce rynkowej wiedzieliśmy), że tacy ludzie powinni rozjechać się po kraju i stając się politycznymi liderami zmian w ówczesnych małych województwach (Senat!) popychać te reformy, od których zależała przyszłość Polski. Zostałem, z portretu z Lechem Wałęsą, senatorem płockim. Na tyle płockim, że mało kto w Płocku orientował się, że ja nie mieszkam w Płocku, lecz na warszawskim Mokotowie. Właściwie codziennie, kiedy tylko nie było obrad Senatu, rano, gdzieś pomiędzy Chociszewem a Czerwińskiem, w połowie drogi mijaliśmy się autami z posłami płockimi. Oni zmierzali do Warszawy. Ja jechałem do Płocka. Oni, chyba częściej we własnych sprawach. Ja, budować podstawy normalności. Efekt był taki, że w 1991 roku, już po zbudowaniu LEVIS’a (prawie 1000 miejsc pracy), w wielkiej zresztą kłótni z oponentami, także niektórymi moimi kolegami z rządu, uzyskałem w kolejnych wyborach najlepszy procentowo wynik w kraju. Jako jedyny senator przekroczyłem barierę połowy oddanych głosów. To był sukces! Dlatego, że w Płocku, który nie był ostoją rynkowego myślenia o gospodarce!
To było też zarzewiem przyszłej klęski. Większość, także płockich polityków, specjalnie z PSL, zrozumiała z tego wszystkiego, że Celiński jest od załatwiania inwestycji a oni od wydatkowania pieniędzy z budżetu. Ja znów, zazwyczaj krzywiłem się, jak ktoś sięgał po budżetowe pieniądze dla swoich ambitnych politycznych planów. Kolejne wybory, tym razem do Sejmu, przegrałem. Mandat uzyskałem, ale jako wiceprzewodniczący Unii Demokratycznej, z listy krajowej. Nie winię PSL. Popełniłem błędy. Myślałem i działałem tak, jakby liderowanie mi się należało. Jak psu miska zupy. W demokracji, jak ktoś zaczyna się tak zachowywać, ginie. Ja wtedy jeszcze tego nie wiedziałem.
W Unii Demokratycznej kierowanej przez Tadeusza Mazowieckiego, pośród takich ludzi jak: Jacek Kuroń, Władek Frasyniuk, Jerzy Osiatyński, Bronisław Geremek, Joanna Staręga-Piasek było mi dobrze, nawet kiedy chronicznie przegrywałem, do ludzi takich, jak: Janek Lityński, Helena Góralska, Hanka Suchocka, Janek Rokita, Jan Wyrowiński, Janusz Onyszkiewicz. Przegrywałem ideę równego dystansu. Ideę dla partii misyjnej, czyli mniejszościowej, ale naznaczoną wielką wolą zmiany, fundamentalną. Chodziło o coraz wyraźniejszą polaryzację polskiej polityki i rosnące w siłę dwa obozy: prawicy i lewicy. Ja nie kochałem SLD. Nie znałem go wtedy zresztą. Ale uważałem, że jeśli mamy, w Unii Demokratycznej, wolę zrobienia czegoś naprawdę ważnego, czego nie robi prawica, to nie wolno nam tej prawicy bez przerwy powtarzać, że koalicja z lewicą jest absolutnie wykluczona. To skazywało nas na dyktat prawicy. Przekreślało program społeczny Unii. A także jej republikanizm. I kulturową tolerancję. To likwidowało, dla wyborców, różnicę miedzy nami, Unią, a solidarnościową prawicą zdominowaną wtedy przez ZChn i PC. Nie odszedłbym mimo to, gdyby jedynie o tę porażkę chodziło. Przegrywałem wiele razy swoje koncepcje. W KSS „KOR”, w „Solidarności”, w Unii Demokratycznej. Jakoś akceptowałem to, że w sprawach naprawdę istotnych, trzeba być cierpliwym. Odszedłem w 1996 roku bo uznałem, że nie ma sensu tam być, skoro nie tylko przegrywam politykę, ale Unia Wolności, w jaką przemieniła się UD po połączeniu z KLD, nie chce wesprzeć mnie w walce z ewidentną korupcją. Zdarzył się taki przypadek, w Płocku. Ja przegrałem. Poprosiłem o pomoc. Odmówiono, niezanalizowano, pomyślano, że zawracam głowy wielkim ludziom jakimś drobiazgiem. Człowiek, niegodny polityki, potem zresztą awansował. Na bardzo korupcyjnie wrażliwe stanowisko. Musiało to stać się za wiedzą przewodniczącego Unii, wówczas już wicepremiera. Dobrze, że odszedłem. Nie musiałem się wstydzić. To też jest jakaś wartość.
Od 1997 roku, kiedy to z kretesem przegrałem, jako kandydat niezależny, wybory do Senatu w „moim” Płocku, a przegrałem nawet do ludzi, którzy do dzisiaj nic tam nie zrobili i ich nazwisk nikt nie pamięta, zająłem się sprawami prywatnymi. Najpierw było ciężko. Bywały miesiące, że 20-go miałem 10 złotych w portfelu i dziesięć dni przed sobą. Przeżyłem. Po roku zarabiałem już tyle, co poseł. Po dwóch latach, co dwóch posłów i jeszcze trochę. Zarabiałem prywatnie, wynajmując mój mózg, prowadząc własną, uczciwą działalność gospodarczą, bez używania notesu z politycznymi nazwiskami. Prawda, na początku, kilkoro ludzi najzupełniej bezinteresownie, tylko dlatego, że mnie i moją wcześniejszą działalność szanowali, bardzo mi pomogło. Zaufali mojej kompetencji może bardziej niż ja byłem jej pewny. Pamiętam ich imiona i nazwiska. Zdam sprawozdanie w Niebie.
Swoje polityczne frustracje wyładowywałem pisząc, raz w tygodniu, zawsze we wtorek, felietony dla Nowego Życia Gospodarczego Adama Cymera, Przeglądu Jerzego Domańskiego i Rzeczpospolitej Maćka Łukasiewicza. Ideowo podobne, ale na różne tematy. Był jeden przynajmniej, stały i uważny czytelnik, Leszek Miller. W 1999 roku zadzwonił, umówił spotkanie. Zaproponował wspólne organizowanie nowej partii, prawdziwie europejskiej socjaldemokracji. W miejsce dotychczasowych form, w jakich działała lewica. Odmówiłem. Powiedziałem, że źle mnie zrozumiał. Powiedziałem, że w sytuacji, jaką stwarza AWS Krzaklewskiego, która rozszarpuje Polskę na kawałki, widziałem potrzebę głośnego powiedzenia: „głosuję na lewicę”, ale nic więcej. Głosuję nie oznacza utożsamiam się. Odpuścił. Ale po trzech miesiącach znów zadzwonił. Powiedział, że jednak przekształca tę swoją partię, dla naszego udziału w Unii Europejskiej, w europejską partię socjaldemokratyczną. I prosi mnie tylko o jedno, żebym napisał projekt programu takiej partii. Też na początku odmówiłem. Nie czułem się na siłach. Przekonał mnie. Razem z innym człowiekiem, naprawdę wspaniałym, od Millera, napisaliśmy taką propozycję. Przez trzy miesiące, codziennie rano wymieniając się dyskietkami (nie było jeszcze poczty elektronicznej), pisaliśmy. Nigdy on mi niczego nie wykreślił. Ani ja jemu. On, w PRL, ze starego aparatu, ja z opozycji demokratycznej. To była wielka lekcja życia.
Można, pozostając uczciwym wobec siebie, porozumieć się. Trzeba tylko znaleźć język. To był, dzisiaj już wiem, język marzenia o Polsce. Która mogłaby być jego i moja. Wspólna.
W końcu Miller zadzwonił i powiedział, że chce, aby ten projekt został przyjęty, ale jego partia nie zgodzi się, nie zrozumie, że autorem jest człowiek, który do niej nie należy. Wstąpiłem. Pod pewnymi warunkami, które nie dotyczyły mojej kariery, ale mojego ewentualnego odejścia. Nie mam dzisiaj jednoznacznej oceny tego kroku. Wiem, że wiele zapłaciłem. Pamiętam o ludziach, którzy odczuli zawód, kiedy to zrobiłem. Pamiętam też, jak w SLD, kiedy ktoś odchodził, mówiono o nim „zdrajca”. Ale miałem też szanse być ministrem kultury polskiego rządu, przedstawić swój autorski program wielkich reform organizacji i finansowania kultury, przegrać go w końcu, ale poznać mechanizmy funkcjonowania państwa i ludzi na najwyższych jego szczeblach. Miałem tez szanse zobaczenia jak marne przyczyny dzielą ludzi tam, gdzie powinni ze sobą współpracować. Bez tamtej decyzji wstąpienia do SLD nie miałbym dzisiejszej wiedzy i doświadczenia. Odszedłem w chwili, kiedy kolejna konwencja SLD, w 2004 roku, mnie jako wiceprzewodniczącemu, dała drugi wynik w głosowaniu absolutorium, zaraz po Jerzym Szmajdzińskim, mimo, że z trybuny poddałem wtedy Sojusz druzgocącej krytyce. Nie wytrzymałem rechotu sali po wystąpieniu pewnej damy, SLD-owskiej divy. Zrozumiałem, że to nie jest moja sala. Mimo tak przyjaznego mi wyniku głosowania absolutorium.
Trochę tłumaczę się. Ale chcę to wyraźnie napisać. Nie przechodziłem z Unii do Sojuszu. Wyszedłem z Unii w 1996 roku, do Sojuszu wstąpiłem w 1999 roku. Wystąpiłem w 2004 roku. Nie pchałem się nigdzie. Nie prosiłem. To mi proponowano różne funkcje. Sam nie zabiegałem o żadną. Na ogół, kiedy proponowano, najpierw wskazywałem przyczyny, dla których, uważałem, nie powinienem jej przyjąć. Wskazywałem na lepiej przygotowane osoby. Mam za sobą wielkie porażki. Ale były to porażki w walce o coś. Nigdy o stanowiska. Ani sobie ich nie załatwiałem, ani nikomu. Co zresztą bardzo osłabia pozycję w polityce.
W 2006 roku wygrałem, z trzeciej pozycji na liście, wybory do Sejmiku Mazowsza. Uzyskałem w Warszawie, w tym okręgu, z którego dzisiaj kandyduję, pierwszy wynik na mojej liście. Jedyny mandat. Otrzymałem poparcie większe niż wszyscy razem pozostali kandydaci. Była to dla mnie wielka niespodzianka. Może największa w moim politycznym życiu. W sejmiku przewodniczyłem komisji kultury. Bywało, że przewodnicząc tej komisji referowałem przed sejmikiem decyzje, podejmowane jednogłośnie przez PO i PiS (a także PSL) przy jedynym głosie sprzeciwu, moim głosem. Dotyczyło to bezwstydnego finansowania przez radnych, z pieniędzy na konserwację zabytków takich wydatków parafii katolickich, jak: wybetonowanie alejki, wymurowanie nowego ogrodzenia, wymianę instalacji nagłaśniającej, nie wspominając remontów bynajmniej nie zabytkowych budowli. Łatwo wydaje się nie własne pieniądze. Radni Sejmiku z Platformy Obywatelskiej niczym nie różnili się w swoim rozumieniu demokracji i republikanizmu, a także poczuciu przyzwoitości od radnych Prawa I Sprawiedliwości. Łączyło ich z pewnością jedno – nie opłaca się podpaść księżom mając na uwadze najbliższe wybory.
W 2007 roku znów znalazłem się w Sejmie, z listy LiD-u. Znów otrzymałem więcej głosów niż wszyscy razem pozostali kandydaci na liście, tyle, że tym razem, z pierwszego miejsca. Zostałem wiceprzewodniczącym Komisji Edukacji i Szkolnictwa Wyższego. Przyszedłem tam z gotowym, autorskim, projektem wielkiej reformy finansowania działalności edukacyjnej szkół wyższych. Obecny system wspiera mierność, jest niesprawiedliwy i niecelowy z punktu widzenia budowania wartości kapitału ludzkiego i poprawy jakości nauczania na polskich uniwersytetach. Platforma Obywatelska z początku współpracowała, dawała znaki, że podejmie stosowne inicjatywy. Po roku z jej reformatorskiego zapału nic nie zostało. LiD został przez młodych szefów SLD rozwiązany. Nie dla wielkiego planu polityki, ale dlatego, że komuś tam, z SLD, formuła LiD-u, blokowała szansę reelekcji do Parlamentu Europejskiego. A młodym szanse liderowania SLD. Olejniczak nie zdecydował się podjąć walkę. Zlikwidował różnicę wobec swego rywala, przegrał szansę swojej partii na rzeczywiste otwarcie na nowe środowiska. Sam też, likwidując te różnice, przegrał. Jestem posłem niezależnym. Chwalę sobie ten status. W partii i tak byłbym zmarginalizowany, tu przynajmniej mówię całkowicie za siebie i odpowiadam za to, co sam robię, albo czego nie robię. Miniona kadencja w sejmie to dla mnie pasmo porażek. Brak reformy finansowania szkolnictwa wyższego. Rzeczywista likwidacja mediów publicznych, zwłaszcza publicznego charakteru TVP. Brak reformy systemu finansowania partii politycznych i brak otwarcia polityki na rzeczywista demokrację. Nie mam za to wątpliwości, że PO stała się eklektyczną partią władzy, wybierającą interes własny nad interes Polski przyszłości. Jedno co usprawiedliwia jej pozycję to to, że alternatywa byłaby jeszcze gorsza. W Senacie jednak ten argument nie ma znaczenia. Nie kandyduję w opozycji do PO, żeby grać z PiS. Kandyduję, żeby popychać te reformy, bez których Polska staje się peryferium Europy.
Co robić?
Mimo licznych niedoskonałości, błędów, czasem głupości polityków, (a i ich wyborców - Tymiński, Lepper, Gawronik, Stokłosa, a i inni często nie lepsi - nie byli wybierani przez Marsjan, ani Ruscy ich nam nie narzucili), Polska ma swój dobry czas. Żabia perspektywa nie pozwala tego dostrzec. Oczyma zawieszonymi wysoko widać to lepiej. Można powiedzieć nawet, że Polska przeżywa czas wyjątkowy, wręcz cudowny w swojej historii. Pokój, spokojne granice, dobre związki międzynarodowe, elementarny ład wewnątrz, znośne warunki życia (średnia długość życia Polaków wyższa dzisiaj niż dwadzieścia lat temu o sześć lat!), niezła perspektywa rozwoju w granicach Europy i w ramach europejskiej cywilizacji.
Ale, jak to bywa z cudownymi okolicznościami, one przemijają. Nie jesteśmy władni kontrolować, jak długo te dobre okoliczności będą trwać. Cywilizacyjne opóźnienie Polski wobec: Niemiec, Francji, Holandii, Włoch, Austrii, Danii, to wciąż przynajmniej ćwierćwiecze. Myślę o generaliach a nie o epizodach. Nie na epizodach oparta jest konstrukcja bytu narodowego.
Czas wielkich zmian, to czas kształtujący społeczne ramy przyszłości. One sztywnieją. Jedni na zmianach wiele zyskali, inni mniej, albo wcale nie zyskali. Są tacy, którzy stracili. Nie może dla nikogo, kto zajmuje się Polską, być obojętne, kto zyskał a kto stracił, czy to sprawiedliwe i czy dzieci tych, którzy dzisiaj stracili będą mieć jeszcze jakieś szanse jutro. Nie możemy być obojętni wobec tego, czy te nowe podziały między ludźmi, w zesztywniałych ramach struktury społeczeństwa nie są czymś, co będzie dla wielu przekleństwem. Nie chodzi jedynie o to, że struktura społeczna zamyka się. Choć oczywiście sprawiedliwość jest wartością, za którą ludzie czasem umierają. Chodzi o wielki kapitał ludzki trwoniony emigracją młodych i brakiem efektywnych programów ich awansu. Chodzi też o wieli kapitał ludzkich możliwości zagrzebany gdzieś u nas, w Polsce, w wadliwym systemie edukacji przedszkolnej i wyższej, w zesztywnieniu struktury społecznej. Przegrywamy konkurencję z Europą, jak idzie o kształcenie, o wykorzystanie możliwości i energii młodych.
Polska polityka, piszę to bez przedwyborczej przesady, coraz jest marniejsza. Nasza przyszłość nie może zawisnąć na przypadku. Przyszłość powinna być kształtowana świadomie, z jasnością celów i pewnością, ze to co na co dzień w polityce robimy jest funkcją tych celów.
Summa tego wstępu do meritum mojego marzenia o Polsce jest taka:
Polakom i Polsce potrzebna jest polityka odważna, ale nie awanturnicza. Potrzebni są politycy poważni, normalni, a nie jacyś neurotycy. Polsce i Polakom potrzebne są jasno wytyczone cele i polityka, nazwijmy ją, inżynierska. Taka, która potrafi zdawać obywatelom relację, czy rzeczywiście, dzień po dniu, rok po roku swoje wielkie, cywilizacyjne cele realizuje. Polska potrzebuje zmian, ale muszą być to zmiany uporządkowane, spokojne, celowe. Dobrze służyłaby nam filozofia oświeconego umiarkowania – zmień możliwie mało, żeby zmieniło się naprawdę wiele. Mam wrażenie, z roku na rok silniejsze, że od mniej więcej dekady polska polityka dzieje się jakby poza wielkim generalnym planem, jest wynikiem przypadku, czyjegoś widzimisię, neurozy, obroną przed neurozą. Z tej potrzeby, z wciąż otwartej przed nami szansy, z filozofii oświeconego umiarkowania wynika, że potrzebny jest nam polityczny RESET!
Nie wyrzucajmy więc całej państwowej maszynerii na śmietnik rozpoczynając poszukiwanie jakiejś zupełnie nowej formuły. Zatrzymajmy się na moment, zastanówmy, co dobrze funkcjonuje a co źle, poszukajmy tego, co się popsuło, co nie działa, albo źle działa i skoncentrujmy uwagę na tych elementach, które zmienione ulepszą te wszystkie narzędzia, które potrzebne są dla budowania państwa, z którego moglibyśmy być dumni.
Wedle mej wiedzy i doświadczenia powinniśmy, w najbliższych latach, skoncentrować swą uwagę na następujących zagadnieniach:
- Ustrój państwa, czyli funkcjonowanie jego najważniejszych organów: parlamentu, partii politycznych, rządu, wymiaru sprawiedliwości, samorządu terytorialnego. Służba cywilna i ścisłe rozgraniczenie służby cywilnej od wszelkiej partyjności
- Kapitał ludzki i społeczny: kultura i edukacja ze specjalną uwagą dla powszechnego wychowania przedszkolnego i szkolnictwa wyższego. Wykluczenie społeczne i aktywizacja gotowych pracować ludzi. Ochronie zdrowia jako element jakości życia człowieka i jakości kapitału ludzkiego
- Finanse publiczne, zwłaszcza równoważenie budżetów i związanie zadań powierzanych jednostkom samorządu terytorialnego ze źródłami ich finansowania
- Ład przestrzenny i ochrona przestrzeni publicznej
- Kształtowanie Unii Europejskiej zgodnie z narodowy interesem Polaków i z interesami polskich obywateli mieszkańców Europy. Polityka zewnętrzna Polski i Unii Europejskiej
- Kilku wyodrębnionych ze względu na swą istotność zagadnień, nazywam je politykami partykularnymi, jak: mieszkalnictwo, transport publiczny, polepszenie codziennej jakości życia ludziom siwego wieku (np. lekarstwa, opieka, transport), dla których podejście instytucjonalne powinno zostać zastąpione podejściem celowościowym, jako jedynie uprawnionym przy wydatkowaniu środków publicznych
Ustrój państwa
Warto wymienić tu następujące sprawy: funkcjonowanie sejmu, senatu, rządu i partii politycznych. Ordynacje wyborcze do sejmu, senatu, sejmików wojewódzkich i rad: miast, powiatów, gmin. Służba cywilna oraz odpartyjnienie administracji i gospodarki.
O tych sprawach pisałem wielokrotnie i debatowałem, zwłaszcza na prawicowym portalu Salon24.pl., ale także w sejmie, w Przeglądzie, w Gazecie Wyborczej. Krótko - nie wiem, co z senatem. Obawiam się jałowości dyskusji na jego temat. Mnie jego utrzymanie wśród naczelnych organów państwa zdaje się nieuzasadnione, ale, po, pierwsze – senat mimo kolejnych faz debaty publicznej istnieje, po drugie – nie ma wielkiego znaczenia, poza kwestią kosztów, czy senat pozostanie czy nie. Istotniejsza jest zmiana relacji, w trakcie tworzenia prawa, pomiędzy sejmem a rządem. Projekty firmowane przez Radę Ministrów powinny powstawać, w formie przedkładanych parlamentowi projektów ustaw, w kancelarii premiera. Ministrowie powinni ograniczać się, w kwestii legislacji, do artykułowania potrzeb nowego ustawodawstwa i przygotowania jego założeń oraz symulacji efektów zmiany prawa. Rozbudowaniu powinny ulec służby legislacyjne Rady Ministrów wraz ze wzmocnieniem roli Rady Legislacyjnej. Sejm, poddając analizie w komisjach i na posiedzeniach plenarnych projekty ustaw i przegłosowując poprawki, w trzecim czytaniu głosować powinien nad całością projektu, bez możliwości wprowadzenia poprawek na tym etapie procesu legislacyjnego. Eliminowałoby to przypadkowość zmian i podniosłoby jakość prawa. Rząd nie uwzględniając niektórych poprawek sejmu ryzykowałby odrzucenie projektu w całości. Zwiększyłoby to znaczenie konsultacji pomiędzy rządem a parlamentem, przyczyniając się tym samym do podniesienie kultury dyskursu politycznego.
W odniesieniu do ordynacji wyborczych zmiany, jakie zachodzą, w przypadku senatu, nie mają większego znaczenia, choć ich kierunek jest korzystny. Wzmacnia udział wyborców w kontrolowaniu swoich reprezentantów. Zmiana powinna objąć ordynację sejmową. Wzorem jest ordynacja niemiecka. Jednomandatowe okręgi wyborcze obejmujące mniej więcej połowę składu sejmu i ściśle partyjne listy obejmujące drugą połowę. Wyborcy uzyskaliby możliwość rzeczywistego wyboru swojego reprezentanta. Partie zostałyby wzmocnione ludźmi myślącymi o dalszej przyszłości niż jedna kadencja parlamentu. Jednomandatowe okręgi wyborcze do sejmu (połowa jego składu) wymusiłyby na partiach staranniejszy dobór autoryzowanych przez nie kandydatów. Także wewnątrz partii politycznych następowałyby z czasem zmiany pozycji i znaczenia poszczególnych członków ich frakcji parlamentarnych.
W prawie regulującym wybory do sejmików wojewódzkich należy zrezygnować z progu wyborczego dla listy kandydata. Mandat uzyskiwałby ten kandydat, który w swoim okręgu wyborczym, uzyskałby wystarczającą ilość głosów, niezależnie od tego, czy lista, z której kandydował uzyskała równie wysokie poparcie w pozostałych okręgach. Taka zmiana otworzyłaby drogę do polityki krajowej kandydatom spoza układów mainstreamowych partii, zmuszając je do przejmowania wybijających się ponad przeciętność działaczy lokalnych. System stałby się elastyczniejszy. Rywalizacja polityków skupiłaby się w większym stopniu na potrzebach wyborców niż na zabiegach o poparcie wąskiego kręgu wtajemniczonych.
W odniesieniu do rad powiatowych i gminnych powinna obowiązywać ogólna zasada wszystkich jednomandatowych okręgów. Partyjność przenoszona z niwy krajowej do gminy jest najzupełniej niepotrzebna. Co nie oznacza, że członkowie partii nie mogliby kandydować. Oznacza, że musieliby, by zostać radnymi, rzeczywiście sami wybory wygrać.
Dalszemu ograniczeniu podlegać powinno finansowanie partii politycznych, aczkolwiek partie nie mogą być finansowane z innych niż budżetowe źródła. (Jeśli kogoś przypadek afery hazardowej nie otrzeźwił, to nic już chyba nie otrzeźwi). Prawo określać powinno strukturę wydatków partii politycznych. Wydatki na kampanie wyborcze powinny ulec dalszemu zmniejszeniu i podlegać powinny ścisłej kontroli niezależnego audytu. Konieczne są ograniczenia sposobów prowadzenia kampanii. Odnotowuję decyzje Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie i uważam, że musimy szukać rozwiązań, któryby faktycznie prowadziły do odrzuconych przez TK ograniczeń. Inspiracją powinien być przykład Francji.
Najważniejsze jednak jest zupełnie coś innego – Służba Cywilna! Dopóki nie wykurzymy partii z urzędów, spółek komunalnych i wojewódzkich i takich, które formalnie są spółkami prawa handlowymi o dominacji kapitału niepublicznego a jednak w rzeczywistości kontrolowane są przez oragana władzy publicznej, dopóty deficyt polskiej demokracji będzie najistotniejszą przeszkodą w budowie efektywnej gospodarki. Rozwój służby cywilnej można nazwać zwracaniem Polski Polakom. Partyjność nie powinna i nie może mieć jakiegokolwiek znaczenia w urzędach publicznych. Nie tylko zamyka ona drogę do służby własnemu państwu ludziom niechcącym angażować się partyjnie, ale obniża efektywność pracy urzędów i zwiększa ich koszty funkcjonowania.
Odrębnym zagadnieniem jest wymiar sprawiedliwości, zwłaszcza funkcjonowanie prokuratury i sądów. Jeśli podtrzymać chcemy tezę o zależności prokuratury i sądów wyłącznie od prawa, to prawo, zwłaszcza odnoszące się do kwestii proceduralnych i organizacji pracy organów państwa w tej dziedzinie, powinno zostać uszczegółowione i ściśle egzekwowane. Wymiar sprawiedliwości powinien oczywiście mieć gwarancje niezależności, ale nie może to oznaczać formy autonomii w jednolitym państwie. Musimy zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że korupcja, anomia i klientelizm są postawami nie omijającymi w jakiś cudowny sposób urzędników sprawiedliwości. To wielkiej doniosłości, ale jednak szczegółowe zagadnienie – więc jedynie je tu sygnalizuję.
Kapitał ludzki
Tej sprawie poświeciłem w minionej dekadzie najwięcej czasu. Zainteresowanych odsyłam do mojego kompleksowego programu zmiany organizacji i finansowania działalności kulturalnej. Po raz pierwszy publikowałem go 10 i pół roku temu, relacjonowały to media. Jego fundament to dobrowolny rejestr instytucji kultury, otwarty dla każdego, kto zechce się do niego wpisać i zobowiązuje się spełnić warunki (dotyczy to nie tylko wielkich narodowych instytucji kultury, instytucji, dla których organizatorem jest samorząd wojewódzki, czy gminny, ale także prywatnych instytucji kultury). Każda instytucja wpisana do tego rejestru otrzymywałaby prawo korzystania, w warunkach konkursu, z finansowania swojej działalności ze źródeł publicznych, przyczem, instytucje publiczne, zwłaszcza narodowe instytucje kultury finansowane byłyby także na odmiennych, specyficznych dla nich, warunkach. Ustawa narzucałaby jednak pewne warunki dotyczące stabilności funkcjonowania instytucji korzystającej z finansowania pieniędzmi publicznymi, konkursowej procedury obsadzania stanowisk kierowniczych, karencji oczekiwania na objęcie placówki, kadencyjności z możliwością przedłużania kadencji i, przede wszystkim, obowiązku kapitalizowania 3% każdego rocznego wydatkowanego budżetu w celu tworzenia tzw. funduszu kryształowego. Idzie tu w istocie o pogodzenie dwóch całkowicie sprzecznych ze sobą żywiołów: konieczności audytu publicznych pieniędzy, co zawsze zagraża polityczną ingerencją w merytoryczną działalność instytucji kultury i wolnością wypowiedzi artystycznej, Fundusz ten tworzyłby, po latach potrzebnych dla jego zbudowania, rodzaj poduszki na wypadek zawirowań politycznych lub budżetowych. Program jest daleko szerszy, obejmuje różne rodzaje aktywności twórczej, odsyłam zainteresowanych do licznych moich publikacji i wystąpień sejmowych, specjalnie w komisji kultury, np. nad ustawą medialną.
W warunkach tabloidyzacji mediów i medializacji polityki absolutnie niezbędne jest, dla zachowania demokracji i dla kultury narodowej, odbudowanie elektronicznych mediów publicznych. Też odsyłam do licznych moich publicznych wypowiedzi w tej sprawie, zwłaszcza w debatach sejmowych, tu podkreślam przeświadczenie, że bez rezygnacji, pełnej rezygnacji z finansowania reklamami telewizji i radia publicznych nie ma co w ogóle marzyć o ich odbudowaniu, jako mediów publicznych. To, co piszę w tej sprawie wciąż jest w Polsce prawie bez reszty ignorowane. Europa tymczasem idzie w zupełnie odmiennym niż my kierunku, jak idzie o media publiczne. Europa oszalała? Czy my znowu wybieramy pozycję w ariergardzie, zamiast zachować miejsce w awangardzie, którą jeszcze niedawno się cieszyliśmy z pożytkiem dla kultury narodowej. Złe przypadki, jak idzie o upartyjnianie mediów, powinny prowadzić nas do rewizji w dziedzinie polityki i partyjności a nie do likwidacji publicznych mediów.
W kwestii zmian w finansowaniu edukacyjnej funkcji szkolnictwa wyższego też wiele publikowałem, zwłaszcza w Przeglądzie (marzec 2008) i w Salonie24. Także wypowiadałem się, w 2010 roku, w Klubie Ponad Podziałami działającym w ramach Instytutu Lecha Wałęsy (oddzielna publikacja). Najkrócej: podstawowym instrumentem sanacji szkolnictwa wyższego powinno stać się jednakowe traktowanie wszystkich uczelni, z tym, że jedne, uniwersyteckie, prowadzące własne badania naukowe i studia drugiego i trzeciego poziomu wedle konwencji bolońskiej powinny tworzyć jedną grupę, a szkoły wyższe, niezależnie od statusu organizatora, prowadzące studia pierwszego poziomu referencyjnego, drugą grupę. Powinien powstać Narodowy Fundusz Finansowania Studentów, z którego, na określonych umową cywilno-prawną warunkach (bez zastawu i poręczeń, z wekslem) korzystaliby studenci oddając te pieniądze wybranym uczelniom. Byłby to kredyt zamieniany, po, ukończeniu studiów, znów na określonych zawczasu warunkach, w stypendium. Oznaczałoby to, że część studentów w ogóle nie zwracałaby pieniędzy uzyskanych z tego funduszu na swe studia, podczas gdy inni, w zależności od różnych zawczasu uzgodnionych czynników i kryteriów przynajmniej część zaciągniętego kredytu musiałaby spłacić. To jest daleko idące streszczenie tej koncepcji. To, co wydaje się być skrajna nieodpowiedzialnością wszystkich partii politycznych, to całkowity brak jakiejkolwiek debaty na ten temat w obliczu katastrofalnego upadku jakości nauczania na polskich wyższych uczelniach.
W kwestii wykluczenia społecznego, aktywizacji ludzi chcących pracować i ochrony zdrowia oraz polityki promocji zdrowia tu tylko jedna uwaga: wszystkie systemy wdrażane przez państwo w tych dziedzinach powinny za swój cel mieć: likwidacje wykluczenia, promocję i zapewnienie pracy, zdrowie. Czyli kwestia instytucjonalizacji jest pochodną a nie celem. Celem nie jest urząd pomocy społecznej, lecz rewalidacja rodziny, człowieka. Celem nie jest urząd pracy, ale konkretny efekt wysiłków podejmowanych dla zatrudnienia konkretnej osoby. Celem nie jest szpital, czy przychodnia, lecz zdrowie pacjenta. Państwo jest od tego, żeby podejmować stosowne regulacje prawne, dokonywać transferów pieniędzy pod rygorami i w warunkach ścisłego ich audytu, akredytować usługodawców, określać poziomy referencji usługodawców. Państwo może, ale nie musi samo organizować działalności w tych wszystkich dziedzinach. (W jakiejś mierze powinno, choćby dla funkcji kontrolowania systemów; istotą powinno być odideologizowanie pola decyzji organizacyjnych). Państwo ma zapewnić obywatelom możliwy do uzyskania, porównywalny do innych, decydowany wolą wyborców (finanse!) poziom usług. Celowość jest wiec nadrzędnym kryterium ponoszonych wydatków. W epoce informatycznej opracowanie kryteriów oceny jest sprawą woli i techniki.
Finanse publiczne
Żyjemy ponad stan, ze zwiększającym się zagrożeniem katastrofy. Przychody nie równoważą wydatków. Narasta dług wobec przyszłych emerytów. Politycy, którzy dożyją katastrofy, zostaną zmieceni. Żadna to będzie pociecha dla wyborców. Zwłaszcza dla emerytów. Musimy zwiększyć przychody państwa i ograniczyć wydatki. Pierwsze jest tak samo ważne, jak drugie. Nie ma pewniejszej drogi dla zwiększenia przychodów jak rozwój gospodarki. To oczywiste. Trywialna nie jest polityka państwa dla tego rozwoju. Bariery dla przedsiębiorczości (zakładania nowych przedsięwzięć, zakłócenia obrotu gospodarczego, niewydolność państwa w rozstrzyganiu naturalnych w życiu gospodarczym sporów, zakłócenia swobodnej konkurencji, niedopasowanie kadr do potrzeb gospodarki, dziki, niedoregulowany, rynek pracy, atrofia sądownictwa cywilnego) są wciąż w Polsce, mimo zmieniających się ekip i coraz to nowych obietnic, podstawowym hamulcem wzrostu przychodów budżetu. Wysokość podatków, uwzględniając potrzeby wydatków publicznych, zwłaszcza związanych z zagospodarowaniem funduszy unijnych, uznać należy za optymalną i nie majstrować w ich ‘udoskonalaniu’ prowadzących do obniżenia ich wolumenu. Nie pora na to. Dopuszczam, choć wyjątkowo mocne musiałoby być uzasadnienie, korekty ich struktury.
Wciąż mamy niekontrolowany wypływ pieniędzy, z których najistotniejszy jest wypływ przez KRUZ. W tej kwestii wszystko zostało już powiedziane. Musimy objąć ochroną socjalną tych mieszkańców wsi, których gospodarstwa rzeczywiście nie mogą ich wyżywić (z programami stopniowej aktywizacji ziemi, którą uprawiają i rozwoju innych, około rolniczych aktywności) i wprowadzić rzeczywiste, rynkowe mechanizmy gospodarki rolnej.
Wypływ publicznych pieniędzy dotyczy także innych dziedzin. Polityka socjalna, albo inaczej – prospołeczna nie może oznaczać etatyzmu. Etatyzm, to pięta achillesowa myślenia ‘lewicowego’. Poza naprawdę nielicznymi wyjątkami, państwo, czynnik publiczny - nie jest powołany do prowadzenia działalności gospodarczej. Ona kieruje się zupełnie innymi zasadami niż działalność publiczna.
I ostatnia, nie mniej istotna sprawa, choć ta wymaga czasu dłuższego niż czas kadencji. Powinniśmy dokonać przeglądu finansowania jednostek samorządu terytorialnego pod kątem finansowania ich zadań. Nie ma sensu utrzymywanie jednostki, której większość wydatków, nie wliczając w to subwencji oświatowej i zadań zleconych, finansowana jest z transferów. Taka sytuacja rodzi klientelizm polityczny, jest zaprzeczeniem idei samorządności. Trudno jest określić ad hoc, bez aparatu rządowego, precyzyjny projekt zmian. Być może drogą nie jest likwidacja takich jednostek, ale zmiana proporcji w podziale wpływów z podatków. Tak, czy inaczej, nie jest to sprawa, która pozostać może bez jakichkolwiek zmian w perspektywie dekady.
Ład przestrzenny i ochrona przestrzeni publicznej
Tu jedynie wspominam tę jedną z najbardziej zaniedbanych dziedzin polskiej polityki. Jesteśmy w tej dziedzinie gorsi w Europie jedynie chyba od Albanii. W Unii Europejskiej, w tej negatywnej konkurencji, żaden kraj nam nie sprosta.
Najbardziej oczywiste jest wprowadzenie prekluzyjnego terminu dla gmin opracowania planów zagospodarowania przestrzennego i bezwzględnej kontroli jego przestrzegania. To, że sprawa ślimaczy się przez dwa dziesięciolecia ma jedno tylko wytłumaczenie – powszechność korupcji! Szybki rozwój gospodarczy i związana z tym urbanizacja przyspieszyła proce dewastacji przestrzeni publicznej.
Są bardziej wyrafinowane postulaty w dziedzinie ładu przestrzennego, ja np. zobowiązanie inwestorów wielko kubaturowych inwestycji w przestrzeni publicznej do wydatkowania określonej, niewielkiej części kosztów inwestycji, na rzecz dzieł sztuki związanych architektonicznie z inwestycją. W tych sprawach zmuszony jestem odesłać do szczegółowych moich wystąpień.
Unia Europejska i polityka zagraniczna
Ścisła integracja Europy jest w naszym najżywotniejszym narodowym interesie zarówno ze względu na korzyści wynikające z polityki spójności, czyli wyrównywania poziomów krajów Unii Europejskiej (z tego choćby względu nie rozumiem bezrozumnego popierania przez większość polskich polityków i wszystkie główne partie polityczne unijnych aspiracji Turcji), jak i takich istotnych polityk szczegółowych, jak polityki: energetyczna, obronna, środowiskowa. Także ze względu na relacje ze Wschodem, zwłaszcza z Rosją, Polska dążyć powinna do ściślejszej integracji Unii Europejskiej. Historia gazociągu północnego jest tu wyrazistym przykładem strat, jakie ponosimy z powodu niedostatecznej integracji.
Polityki partykularne
Ogólna zasada powinna być taka: każda partykularna polityka powinna mieć wyraźnie określone cele wynikające z diagnozy stanu rzeczy i opracowanej prognozy. Następnie powinna zostać opisana instrumentami, jakimi partia, koalicja, rząd zamierzają ją realizować. To celowościowe podejście do konstruowania programów partykularnych polityk powinno umożliwiać opozycji i opinii publicznej kontrolę realizacji zapowiedzianych celów. Na tym etapie nie powinno być miejsca na jakąkolwiek ideologię. Ideologia zatrzymuje się tam, gdzie określa się cele polityki. Tak, czy inaczej partie polityczne idące do wyborów powinny przedstawiać, choćby jedynie w Internecie, ale ogólnie dostępne, projekty swoich szczegółowych polityk. Może nawet warto rozpatrzeć obligatoryjne rozpisanie partyjnych programów wedle schematów określanych odpowiednio wcześnie przez PKW. Zdaje mi się, ze wymagać możnaby od partii politycznych publikacji ich programów, poza sprawami ogólnymi, ich zamierzeń w takich dziedzinach, jak: finanse publiczne, edukacja, kultura, zdrowie, emerytury, bezpieczeństwo, polityka zagraniczna i unijna, mieszkalnictwo, transport publiczny, ochrona środowiska, energetyka.
Słowo końcowe
Kilkanaście stron odpowiedzi na pytanie dlaczego kandyduję, to dla niektórych o kilkanaście za dużo, podczas gdy dla innych o 100 za mało. Tak już pozostanie. Oceniając, rozważając upraszam o jedno: porównajcie z innymi, z konkurentami. Co on Wam mówią, co zapowiadają.
Gdy myślę nad tylko kilkoma zdaniami, które chciałbym pozostawić w przypadku koniecznej redukcji tego, co powyżej napisałem, powiedziałbym tak:
Minęło 21 lat naszej wolności. Powinniśmy być dumni. I ze sposobu jej osiągnięcia i, z grubsza, z pożytków z tej wolności wynikających. Niestety, na codzień, w publicznej debacie nie widać, abyśmy byli dumni z siebie. Jest tak, bo nam tę dumę zabrano. Dla marnych polityczno-partyjnych interesów. Jest w tej łatwości z jaką nam zabrano należne poczucie dumy też i wina wielkich polskich obywateli. Nie wszystko wychodziło tak, jak powinno wychodzić. Także tym, którzy naprawdę chcieli dobrze i nie dla siebie brali odpowiedzialność władzy. Dlatego to słowo klucz mojej propozycji – RESET.
Andrzej Celiński
Warszawa, 13 września 2011 roku