czwartek, 18 października 2012

Po co to expose?

Wolę Tuska niż Kaczyńskiego. Piszę to, gdyby ktoś po przeczytaniu tego co niżej pomyślał inaczej. Nie mogę się jednak zgodzić, że to ma być ten najlepszy wybór. Stać nas i potrzebujemy więcej, lepiej
i, przede wszystkim, mądrzej.
Jestem człowiekiem starej daty. Wierzący. Nie w Boga, lecz w człowieka. W sens demokracji. W wolny wybór wszędzie, gdzie nie narusza to słusznych interesów drugiego. Demokracja i wolność generują pokój i rozwój. Pokój jest najważniejszy. Dzisiaj nie mówimy o pokoju. Różni idioci robią wszystko, by pokój został zrelatywizowany. A ludzie, w ogromnej części młodsi ode mnie, ich czasem słuchają.
Wierzę, że polityk ma wobec demokracji specjalne obowiązki. I ponosi szczególną odpowiedzialność. Pośród obowiązków polityka, jak ja je rozumiem, jest obowiązek rzetelnej informacji. Własny naród jest współgospodarzem, a nie przeciwnikiem. Wiedzieć powinien możliwie dużo. Tak, aby każdy, kto tylko chce mógł sam wyrobić sobie zdanie na to i owo. Sam wypracować swoje oceny, wybory
i decyzje.
Polityk, taki jak Tusk, może się mylić. Ma prawo do błędu. Nie może jednak, nie powinien, jeśli demokracja jest wartością, bezkarnie manipulować.  Jeśli premier manipuluje informacją ktoś powinien powiedzieć: NIE!
Mówię NIE! Dość Tuskowej platformianej hucpy. Możecie tego nie czytać. Ja mam obowiązek to napisać. Takie jest moje życie. Zawsze mówiłem to, co myślałem. Nawet, kiedy byłem zupełnie sam, jak w mojej szkolnej klasie. Było nas tam trzydziestu chłopców. Siedemnastu było dziećmi esbeków. Ja tam, we wczesnych latach 60., mówiłem na lekcji historii o Katyniu. Byłem sam. Przyzwyczaiłem się. Przed nikim nigdy się nie ugiąłem. Ale też nie wywoływałem ciągle wojenek wokół siebie. Jeśli mnie nie zaczepiano, sam nie zaczepiałem. Choć kilku służyłem jak pies. Ustępowałem miejsca. Nawet, jeśli ci, którym ustępowałem błądzili. Każdy błądzi. Jedni bardziej, inni mniej.  Ci, którym ja ustępowałem – mniej. Suma ich indywidualnych zasług większa niż niejednego platformianego czy pisowego batalionu. Tusk nikomu nie służył. Kaczyński udawał kiedyś, że Wałęsie służy. Wałęsa nabrał się na to. Kto tego nie rozumie, że służyć i służyć to różne rzeczy, też niech przestanie czytać. Nie dla niego ten tekst.
Donald Tusk jest premierem o najdłuższym w demokratycznej Polsce stażu. Nikt przed nim od 1918
i potem od 1989 roku premierem dłużej nie był.
Wywodzi się z „Solidarności”. Która dzisiaj z Dudą, wcześniej ze Śniadkiem jest zaprzeczeniem mojej solidarności. Tusk był z mojej solidarności. Tej prawdziwej. Stał się liberałem. Opuścił solidarność. Ideę, nie związek. Dobre jego prawo wyboru. W demokracji nie ocenia się, ze względów moralnych tego, co kto wybiera. Jeden zostaje socjalistą, inny liberałem. Kto inny jeszcze inaczej. Po to mamy wolność, by każdy odnajdywał się na ideologicznej mapie tam, gdzie uważa za słuszne.
Tusk opuścił też przyszłość. To już gorzej. Bo jest premierem. I będzie jeszcze przez kolejne trzy lata. Szmat czasu. Zwłaszcza, że to czas szczególny. Bogaty w unijne pieniądze nie na wieczność, a jedynie na kolejne siedem lat. To jest czas na zmianę. Na poprawienie cywilizacyjnego kodu, który służyć nam ma przez kolejne pokolenia. Przyszłość wymaga wielkich inwestycji w człowieka. W miliony zdrowych, odważnych, dobrze wykształconych i jeszcze lepiej ze sobą skomunikowanych mózgów. Przyszłość wymaga inwestycji w oświatę, w kulturę, w wyrównywanie szans młodych. Czasem przez środki tak odległe dobrej szkole, jak: rozwój transportu publicznego, udostępnianie informacji publicznej, zapewnienie wolności kultury. Tusk tego nie rozumie. Podobnie jak większość współczesnych Polaków.
Dlatego Tusk jest premierem. Dlatego Platforma rządzi. Rządy są takie w demokracji, jaki jest lud. Jeśli, a tak bywa, rządy są przez chwile lepsze – narody wygrywają w konkurencji z innymi. Polska już nie wygrywa konkurencji. Polska utrzymuje się jednak w peletonie. Nie jest tak źle. Ale kiedy Europa upora się z kryzysem – odpadniemy. To przecież banał – wygrywa ten, kto trafnie i na czas się zmienia. Kto prześpi swój czas zmiany pozostaje w ogonie.
Sztab ludzi premiera, za publiczne pieniądze, pracuje by Tusk miał informacje, trafne ich oceny
i profesjonalne doradztwo. A on tym manipuluje. Jego piątkowe, 12 października wygłoszone, sejmowe wystąpienie, zwane expose, z demokracją nie ma wiele wspólnego.
Tusk udaje konkretnego. Podaje liczby i cele.
Na program „Inwestycje Polski”- 40 miliardów do 2015 roku.
Na modernizację armii – 10 miliardów w latach 2013-2015.
Na modernizację komend policji – 1 miliard w latach 2013-2015.
Na autostrady i drogi – 43 miliardy w latach 2012-2015.
Na kolej 30 miliardów w latach 2013-2015.
Na pomoc dla małych i średnich przedsiębiorstw – linia gwarancyjna dla kredytów obrotowych 60 miliardów w BGK.
Uczą ludzi na dobrych studiach, że porównywać z sensem można jedynie rzeczy porównywalne.
Dlaczego więc raz konkretna liczba miliardów złotych podawana jest w dwuletnim, a kiedy indziej
w trzyletnim przedziale czasu? Ma to jakieś uzasadnienie? Jakie? Ułatwia to ocenę tych liczb, ich wpływu na rzeczywistość? Nie podejmuję nawet wątku, że to tylko są obietnice. Ani tego, że nawet rozpulchniona suma tych kwot i tak mniejsza jest od unijnej subwencji.
Kiedy podaje się konkretne kwoty: na autostrady, na drogi, na kolej, na armię i policję, na pomoc dla przedsiębiorstw - powinno się powiedzieć: Jaka różnica wobec minionych lat? I jak się to ma do kwot, które dostaliśmy i które dostaniemy z Unii Europejskiej? Której zresztą był sceptyczny, gdy siedział na ławach opozycji.
Jaki jest wybór? Komu ten dobry pan daje, a komu odbiera?
Swoje daje?  
Ongiś liberał. To się skompromitowało. Za jego kadencji. W październiku 2008. Nie wspomina tego. Płynnie przechodzi ponad zmianami, jak i ich przyczyną. Także ponad odległymi w czasie skutkami neoliberalnej polityki lat poprzednich. Kto wie, kim on dzisiaj jest? Może konserwatystą, może socjalistą? Widać, że coraz wyraźniej Tusk jest etatystą. I to w gospodarce, w przedsiębiorczości. Rozwijanie instrumentu finansowania przedsiębiorczości finansowanego unijnymi pieniędzmi
w strukturach administracji państwa, przy jednoczesnym zwijaniu OFE, rynku ubezpieczeniowego
to obok innych odległych w czasie konsekwencji, zwiększenie pozycji partii i jej aparatu gospodarce. Jaki przedsiębiorca mu podskoczy? 
Ma Tusk w swoim rządzie Gowina. Ma też Arłukowicza. Akurat, obok jeszcze pewnej pięknej pani, najsłabszych swoich ministrów. Tyle, że jeden chce stworzyć piekło kobietom, a drugi już nie wiadomo czego chce. Poza tym rzecz jasna, żeby być ministrem.
A może, po prostu, ten Tusk to medialnie sprawny pływak. Wszystko mu jedno gdzie płynie. Taki może jest zresztą ten nasz Tusk, jaki jest dzisiaj świat. Różnice celów podstawowych, zwanych kiedyś ideologiami, zatarły się. Sprawiedliwość. Równość. Człowiek. Przyszłość. Ład przestrzenny. A kogo, k… to obchodzi? Władza, wpływ i pieniądze. Czym oni różnią się od małżeństwa młodej pani Kaczyńskiej, Dębskiego z Ruchu Palikota? Tych ludowców, co się w biznesie sprawdzali?
Jest ideowa magma. Jej ludzkim odpowiednikiem – swołocz. Amorficzna. Bezkonturowa. Szara. Zapatrzona w rady nadzorcze. W państwo, z którego ssać można tyle ile wyssać można. Tusk już nie prywatyzuje wielkich spółek. On je obsadza. Ssącymi. Kumplami kumpli. Tymi, którzy mu potrzebni. Obsadza u siebie, w rządzie, w agencjach i przedsiębiorstwach rządowi podległych. Albo u koleżanki, wiceprzewodniczącej PO, prezydentki miasta. Albo gdzie indziej. Jak w PRL. Coś tak ktoś kiedyś mówił o wszach oblepiających kołnierze. Kultura mocarniejsza niż ustrój. Trwalsza niż wojny i rewolucje. Solidarność to epizod. Wciąż najwybitniejszym dziełem polskiej socjologii pozostają „Chłopi” Reymonta.
Gomułki Tusk nie pamięta. Ja owszem. Czym się różnią? Wzrostem? Taka jest dzisiaj polska demokracja. Poncyliusz (PS) – proszę bardzo. Spółeczka państwowa. A mówi, że przedsiębiorca. Czarnecki (PiS) –  chwilowo, cudem, w PE. Joński (SLD) – chwat chłopak. Że powstanie warszawskie dla niego to 1989 rok? Komu to wadzi? Wyborcom? Magma. Pulpa. Szajs.
Tusk gada i gada. Bezkarnie.
Gazeta napisze, że fajnie gada, mądrze, konkretnie
Broni nas przed PiS’em z jego szaleńcami. Zuch!
 „Mieszkania dla młodych”. Chce dopłacić 10-15% do kosztu zakupu mieszkania. Pytam: komu 10%,
a komu 15%. To 30-40 tysięcy złotych. Przy średniej pensji 3,5 tysiąca. Skąd ta kasa? Komu weźmie, żeby dać? Czy da temu, który kupuje, czy temu, który sprzedaje? Rząd ma obowiązek szukać rozwiązań prawnych i finansowych obniżających jednostkowe koszty mieszkania tak, aby stały się bardziej dostępne dla średnio uposażonych obywateli, a nie dopłacać temu lub owemu. I zapewnić jakiś margines, w Polsce raczej większy niż mniejszy, mieszkań komunalnych, pod wynajem socjalny, a nie komercyjny. Rząd ma opracowywać prawo sprzyjające koncentracji miast, metropolii. Budować finansowe narzędzia wykupu ziemi i jej zbrojenia. Komunikować z centrami rozwoju. Rozwijać transport publiczny, zwłaszcza wzdłuż linii łączących metropolie. Jak przed wojną.
Od 1945 roku wokół Warszawy nie zbudowaliśmy kilometra linii kolejowych dla połączenia jej
z suburbiami. Kilka zlikwidowaliśmy. Między innymi tę do Piaseczna i Góry Kalwarii.
W socjalizmie barierą rozwoju mieszkalnictwa była bariera podażowa. Za mało mieszkań!
W kapitalizmie, tą barierą jest popyt. Oczywiście można (ciekawe jak?) podsypać trochę pieniędzy indywidualnym inwestorom. Deweloperzy to połkną. Kwota, którą budżet (podatnicy) przeznaczy na dopłatę do mieszkań, w ramach takiego lub innego programu, zasili kasę deweloperów. Przerabialiśmy tę farsę. Kilka razy. Może właściwiej byłoby ustanowić w BGK specjalną linię kredytową dla gmin. Na wykup gruntów, ich ustrukturyzowanie, uzbrojenie, skomunikowanie.   Gmina to czynnik publiczny. Poddany obywatelskiej kontroli. Dla przejęcia przez gminę renty gruntowej. To gmina, powiat i budżet będą przecież dowartościowywać tę ziemię inwestycjami publicznymi: szkołą, drogą, policją, energią, wodociągiem i kanalizacją. Prawem trzeba zachęcić/zmusić gminę, aby - po opracowaniu koncepcji urbanistycznej tych terenów - rozpisała konkursy, aby bez swojego zysku, ale i bez straty, odstąpiła tę ziemię, już ustrukturyzowaną planem zagospodarowania przestrzennego, drogami i działkami, wodą i kanalizacją, energią i wszystkim, co
w większej skali tańsze niż w indywidualnej skali – deweloperom. Na drodze konkursu. Którego kryteria ściśle związane są z przyjętą koncepcją – materialną i społeczną – miasta. Po wyjęciu tego, co tam ma być publiczne. Dopiero potem należy myśleć o instrumentach finansowania młodych. Tak na oko, ale bystrze patrzące, a nie ślepe oko, poza innej, lepszej jakości ładem przestrzennym
i oszczędnościami gmin z uwagi na koszty wykupu ziemi pod inwestycje publiczne, jednostkowy koszt metra kwadratowego byłby niższy o jakieś 12-14%. To zwiększyłoby liczbę tych indywidualnych poszukiwaczy swego miejsca na ziemi, którzy zyskaliby zdolność kredytową. O jakieś 40-50 tysięcy rodzin w skali kraju w miastach. Jest o czym rozmawiać. Czy Tusk, w swoim „drugim expose” zainicjował te rozmowę? Dał jej jakiś impuls?
Ta kasa dla „polskich inwestycji”. No to pogadajmy o ekonomii. Kapitałowe fundusze emerytalne, na które właśnie przeprowadzany jest zamach (inna sprawa: Kto im zagwarantował tak wielką marżę zysku za operowanie tymi pieniędzmi?), spinają generacje, tworzą kapitały inwestycji długoterminowych, finansowy fundament rozwoju. Trzeba wiedzieć, że banki nastawione są na szybki zysk, fundusze emerytalne zaś funkcjonują w zupełnie innej czasowej perspektywie. W teorii ekonomii mówi się, że ze względu na ich właściwości stabilizacyjne, fundusze emerytalne powinny kontrolować mniej więcej do 30% kapitału. Dzisiaj, w skali Świata kontrolują około 12%. Dlatego, obok obłędnej polityki braku kontroli nad finansowaniem rynkach nieruchomości i spekulacjami na rynkach instrumentów pochodnych jest ten wielki kryzys. W Polsce kapitałowe fundusze emerytalne kontrolują mniej niż 4%. A Tusk zmierza do ich ograniczenia. Jak rozwijać inwestycje publiczno-prywatne bez tego kapitału? Zwłaszcza te, których horyzont inwestycyjny sięga 30-50 lat? Dzisiaj zasilani wartkim strumieniem euro może temat nie wystarczająco jest oświetlony. Co będzie dalej, po wyschnięciu źródeł europejskich? Staniemy z wielkimi infrastrukturalnymi decyzjami? Rok 2020 to koniec, meta, grób? Przecież 60% pieniędzy wypłacanych z kapitałowych funduszy emerytalnych na emerytury generowane jest już w czasie po przejściu człowieka na emeryturę! Jeśli pieniądze gromadzone w funduszach dziesięć lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego przejdą do ZUS to całkowicie zburzona zostanie logika procesu inwestowania tych pieniędzy! Składany procent daje wynik zależny nie tylko od wielkości składki emerytalnej, ale i od czasu inwestowania. Rostowski chce przejąć te pieniądze. Każdy pomysł skracanie horyzontu inwestycji obniża wartość uzyskiwanego przez emerytów świadczenia. Liberalny kiedyś rząd tego nie rozumie?! I tego, że będzie miał za moment problem z płynnością?
Tusk zapowiada przeniesienie pieniędzy na gwarancje dla średnich i małych do BGK. Każda gwarancja państwa jest automatycznie zaliczana w poczet długu publicznego. W rzeczywistości jedynym wehikułem pozwalającym zamrozić znaczące kapitały na inwestycje infrastrukturalne na długi czas są fundusze emerytalne. Tak jest ze względu na długookresowy horyzont inwestycyjny funduszy emerytalnych i brak konieczności bieżącego zabezpieczenia płynności. Tusk musi o tym wiedzieć. Dlaczego więc mąci w głowach rodakom?
Dlatego, że ma sojusznika. Jest nim Kaczyński. Polska nie ma już dzisiaj wystarczająco dużej liczby patriotów, którzy chcą ją budować. Coraz więcej jest takich, którzy chcą ja burzyć. Stajemy się jak Grecy. Wydoić swoje państwo – dobrze.  Zadbać o jego przyszłość – trudniej. Tusk jest dobrym premierem takich Polaków. Tak, jak Papandreu i Karamanlis byli dobrymi premierami Greków. Jak się to kończy już wiemy.

Tekst został opublikowany we czwartek, 18 października w ursynowskim piśmie „PASSA”

piątek, 7 września 2012

JAJA SPRZEDAWAĆ A NIE PAŃSTWEM RZĄDZIĆ


Cztery tysiące z górką osób zainwestowało w produkt wielkiego ryzyka oferowany w wielkiej kampanii reklamowej przez Amber Gold. Mimo obiecanego niespotykanego na co dzień w różnych systemach inwestowania zysku jedynie jeden na dziesięć tysięcy spośród nas zdecydował się na ten krok. Przyjąwszy, że zdolność inwestowania nadwyżek finansowych na poziomie wymaganym przez Amber Gold ma jakieś 10% mieszkańców naszego kraju można w miarę trafnie powiedzieć, że jeden na tysiąc, który mógł to zrobić, zrobił to. Nie na co dzień spotykamy się z tak wiarygodnym świadectwem naszej zbiorowej wiedzy, uczciwości i mądrości w zakresie prywatnych inwestycji finansowych.

Ci, którzy inwestowali stracili. Oczywiście, że sprawa „biznesowej” działalności tego młodzieńca dzisiaj przedstawianego jako Marcin P. okryć powinna rumieńcem wstydu gdańską prokuraturę i ukłuć serce prokuratora generalnego. Dobrze, że stała się wreszcie przedmiotem dochodzenia wobec pani kurator sądowej.

Trzeba mieć nadzieję, że ledwo rozpoczęta debata nad ustrojem prokuratury nie zgaśnie, jak wiele poprzednich debat w sprawach bulwersujących uczciwych ludzi wymagających od państwa powagi i elementarnej sprawności a od jego funkcjonariuszy przyzwoitości w wykonywaniu ich obowiązków, zaraz za pierwszym zakrętem współcześnie biegnących wydarzeń. Tak jak było w sprawie używania przez rząd pana Jarosława Kaczyńskiego służb specjalnych i urzędu prokuratorskiego do rozgrywania między- i wewnątrzpartyjnych walk. Korporacyjny charakter państwa, jaki budują kolejne rządy (nie tylko i może nawet nie przede wszystkim Prawo i Sprawiedliwość) prowadzą do wynaturzeń takich, jakie widzimy w sprawach toczących się wobec pana Marcina P. Opinia publiczna epatowana jest immunitetem 560 parlamentarzystów (podlegających kadencyjnej przynajmniej ocenie wyborców), podczas kiedy kilkanaście tysięcy objętych immunitetem członków korporacji sędziowskiej i prokuratorskiej wyłączonych jest spod realnej kontroli. Skutki tego stanu rzeczy widoczne są nie tylko w okolicznościach specjalnych, jak ta z Amber Gold, ale i na co dzień, w bezczelnie jawnym stawianiu się wielu sędziów i prokuratorów w pozycji nadludzi i nadobywateli. Brak poszanowania czasu osób uczestniczących w postępowaniach sądowych, brak ich planowania, brak określania i ujawniania zainteresowanym celów i projektowanych efektów. Wokandy wyznaczane w najzupełniej dowolny sposób. Areszty wydobywcze, zwłaszcza związane z kadencją ministra Ziobro. Nadużywanie instytucji świadka koronnego. Wszystkie te i inne jeszcze rzeczy czynią wymiar sprawiedliwości już nie częścią społeczeństwa obywatelskiego lecz narzędziem opresji państwa. Państwa, które w praktyce nie musi liczyć się z dobrem obywateli. Nie dotyczy to wyłącznie ludzi podejrzanych o dokonanie przestępstwa lub wykroczenia (choć podejrzany to nie skazany), ale także innych osób, których status nie ma nic wspólnego ze statusem podejrzanego w postępowaniu.

Mam więc nadzieję, że tym razem sprawa Amber Gold da asumpt do pracy nad poważną, systemową, całościową reformą instytucji kontroli społecznej, tej ich części, które są w demokratycznym państwie wymiarem sprawiedliwości.

Debata, jaka miała miejsce w sejmie w ubiegłym tygodniu nie wzbudza optymizmu. Upadek Lehman Brothers czy afera Madoffa w USA nie skłoniły partii słonia (republikanów) do sformułowania postulatu powołania komisji śledczej w Kongresie Stanów Zjednoczonych Ameryki. Kongresmeni partii osła też byli wstrzemięźliwi. Jedni i drudzy natomiast wzięli się ostro do roboty, we wspólnym komitecie, nad wypracowaniem regulacji, które służyć mają narodowi w przyszłości. Rzeczą polityki jest bowiem wypracowywać rozwiązania prawne (organizacyjne i finansowe, jeśli trzeba) regulujące relacje pomiędzy ludźmi, takimi jakimi oni są – różnymi tak, aby wspólnota była dla znakomitej większości cenniejsza niż to, co w pojedynkę można osiągnąć. Różnice partyjne w takiej sytuacji, jak sprawa Amber Gold (obejmująca czasem trwania rządy i PiS i PSL i PO, prezydenturę panów Lecha Kaczyńskiego wysuniętego przez PiS i pana Bronisława Komorowskiego z PO) mogą mieć jakiekolwiek dla obywateli znaczenie wtedy, gdy dotyczą propozycji konkretnych rozwiązań. Młócka głupawo wypowiadających się posłów i posłanek, nie na temat, nie w sprawie, na poziomie rynsztoka małego dziewiętnastowiecznego miasteczka w dawnej Kongresówce jest żenująca. Kompromituje tych, którzy w niej zwieli udział po to tylko, żeby wykrzyczeć „Tusk musi odejść”.

On powinien odejść. Z istotnych dla Polski i Polaków przyczyn. Tyle, że jak widać, nie ma dzisiaj komu przekazać steru. Gromada rozhisteryzowanych, pazernych na władzę, niezbyt mądrych i nie dość starannie wykształconych pań i panów lepiej, żeby jaja na bazarze sprzedawała niż rządziła państwem.

Tekst został opublikowany we czwartek, 6 września w ursynowskim piśmie „PASSA”

czwartek, 2 sierpnia 2012

241


Dzisiaj anegdota na  marginesie tej żenującej swoją przaśnością rozmowy dwóch panów, tak dobrze czujących się w wolnej Polsce: Serafina i Łukasika,  krew z krwi i kość z kości prawdziwych Polaków, którym Polska i jej dobra jak psu zupa się należy. Bo ludzie są różni, o tym jak funkcjonują w nowoczesnym państwie zależy najpierw od kultury i obowiązujących praw.

Najpierw wprowadzenie w jej klimat. Ja zawsze miałem problemy z wielkimi organizacjami. Najpierw z „Solidarnością”. Byłem jedynym tak wysoko pozycjonowanym jej uczestnikiem, który doświadczył na własnej skórze wielkiej mądrości zdania, że sztuką polityki jest dojść do granicy możliwego. Ja te granice przekroczyłem. 1 kwietnia (co za zabawna okoliczność) 1981 roku Komisja Krajowa pozbawiała mnie funkcji jej sekretarza. Po trzech miesiącach zmieniła zdanie; to już inna jednak historia. Także z partiami (a byłem w kilku) miałem kłopoty. A one ze mną.

Historyjka miała miejsce rok po moim wystąpieniu z Unii Wolności, w lipcu 1997 roku.  Byłem wtedy politycznie solo. Kończyłem, zdawało się, swą parlamentarną karierę. Relacjonowała sejm (jest tam do dzisiaj) dziennikarka TVP, znakomita choć cicha, która pyta a nie odpowiada, informuje a nie kreuje. Nazwijmy ją: I.S. Ceniłem ją, ale inaczej niż z sejmowego korytarza, czasem ze studia, się nie znaliśmy. Żadnej, choćby kurtuazją powodowanej bliskości. Jednak ona swoim czujnym okiem musiała moją organiczną nieumiejętność podporządkowania się polsko-partyjnemu paradygmatowi dostrzec.

Idę więc sejmowym korytarzem, bezmyślnie, właściwie poukładany już ze sobą i z tym, że coś się kończy i nie wiem jeszcze, co ze mną dalej. Trochę oddzielony od tego parlamentarnego hałasu jakby mgiełką odmienności, obcości, niestosowności, przypadkowości. Było pustawo. Wtedy słyszę za sobą kobiecy głos: „Panie pośle, a dlaczego właściwie pan nie stworzy własnej partii?” Każdy, kto politykę traktuje z elementarnym jej zrozumieniem i wiedzą wie, że to bardzo śmieszna myśl, żeby swoją własną partię tworzyć. Nawet się chyba nie odwróciłem. Może dla grzeczności machnąłem ręką, żeby nie obrazić zignorowaniem, dać też może do zrozumienia, że ja jestem człowiekiem poważnym, z polityki nie żartuję. Ona jednak nie rezygnuje: „Panie pośle mam już nawet nazwę dla pana partii!”

Przyznacie państwo, że nikt rozsądny budowania partii od nadania jej nazwy by nie zaczynał. Podobnie jak pisarz nie siada do pisania książki kreśląc na pierwszej kartce jej tytuł. To jest raczej finał, ale na Boga! – nie początek! Już ją rozpoznaję. Wiem, że ona przecież to co ja wiem, wie. Więc, co z nią u licha?! Przyznam, że zdało mi się to intrygujące, że I.S., kobieta mądra i piękna, żywa i poukładana takie głupie rzeczy wykrzykuje. Odwracam się i oczami pytam. A ona: „241!”.

Powinniście wiedzieć, że ja mam inteligencję trochę mułowatą. Potrzebuję czasu. Nie chwytam w locie. Copyrigterem bym nie potrafił być. Ona widzi chyba w moich oczach niezrozumienie. Rozwija: „241 – bezpieczna większość”. Już rozumiem. Zanim jednak otworzyłem usta, ona kontynuuje: „Wziąć do tej partii tylko tyle osób, ile posłanek i posłów potrzeba w sejmie by samodzielnie rządzić. Z  lekką górką, żeby nie bać się w istotnych głosowaniach choroby, zdrady, przypadku. I nie ciągnąć za sobą tych ogonów, co jedynie czegoś żądają dla siebie a polityka obchodzi ich tyle, co własny zafajdany interes”. Może to „zafajdanie” to ja sam sobie w mojej głowie wytworzyłem.

241. Co za genialny pomysł! Możnaby zająć sie tym, czym należałoby się w sejmie zajmować. Budować państwo. Tworzyć warunki dla rozwoju ludzkich możliwości. Porządkować to, co wymaga porządku.

Kilka zdań na poważnie.

Polska polityka zawieszona jest swoją partyjnością i osobowościami ludzi, którzy w niej dominują, czyli swa kulturą pomiędzy Wschodem a Zachodem. Bo gdzieś pośród nas przebiega granica kultur europejskiej części Europy i jej części azjatyckiej. Więcej u nas, na szczęście, tej pierwszej, ale ta druga wciąż jest mocna. Smutek polskiej polityki. Wiele by pisać.

Tylko kilka zdań jeszcze. Trzeba je wypowiedzieć. Żeby nie mówiono za dziesięć, piętnaście lat, kiedy już pogrzebiemy marzenia zrodzone solidarnością i wiarą w wolność, w demokrację, w uczciwość, w spójność, w rozum – że nikt nie mówił, nikt nie wiedział. Fundamentem demokracji jest prawo. Prawo oparte na dobru jednostki, każdej jednej jednostki. Z prawem wprowadzonymi ograniczeniami, ale takimi tylko, które są niezbędne i które nie naruszają istoty praw człowieka. W państwie zaś fundamentem jest rozdzielenie żelazną barierą polityki i administracji publicznej. Służba Cywilna!

Nie głosujcie więc proszę (od lat bezskutecznie) na takich, którzy krwią utoczoną ze swojego wskazującego palca nie podpiszą się przed kolejnymi wyborami pod dwiema ustawami.

Pierwsza, że każdy, kto partyjny, a jego partia ma jakichś przedstawicieli w egzekutywie, nie ma prawa do zapłaty z budżetu państwa za pracę  inną niż ta, która pochodzi z wolnych, powszechnych, demokratycznych wyborów. W państwie, województwie, powiecie i w gminie. W sejmie i w radach. W spółkach komunalnych. W funduszach. Oczywiście nie dotyczyłoby to rzeczy oczywistych: nauczycieli, lekarzy, pielęgniarek  wykonujących swój zawód. Druga ustawa, to ustawa stanowiąca wyjątki. Może nawet i 5 tysięcy wyjątków. Może i 10, jeśli naród zezwoli. Mnie się zdaje, że to powinno być jakieś 3 tysiące pozycji „politycznych”. Chciałaby jakaś partia po zwycięstwie w wyborach rozszerzyć tę listę, niech się zmierzy z piekłem parlamentu, mediów, opinii publicznej. Niech je przekona do swojej racji!

Przyjmijcie, proszę, że to potrzebne. Uwierzcie, że możliwe. Zróbcie to! Wyrzućcie na śmietnik tych, którzy będą marudzić, że to fantazja, pięknoduchostwo, dziecięcość, brak powagi. Zróbcie coś dla siebie i dla tego wciąż biednego społeczeństwa. Już, przy najbliższych wyborach. Nie za sto lat.

środa, 18 lipca 2012

Zwyczajność


Kogoś zamieszanego w partyjne rozgrywki miała ta rozmowa zaboleć. Najpewniej w PSL. Ale nie wykluczam, że Serafin już z kimś innym gra. Trzeba by mieć wiedze wewnętrzną by rozpoznać detale. „Wiedza wewnętrzna” to pojęcie z języka sowieckiego. Dla polskiej demokratycznej współczesności 2012 roku, pojęcie jak najbardziej adekwatne. Chichot historii. Tu Smoleńsk, tam „do boju biało-czerwoni”, gdzie indziej „żywią i bronią”, jeszcze gdzieś biskup katolicki pod rękę, papieskie wzruszenia. A tu, proszę, samo życie. Proza.

Zapis nagrania nie różnicuje polskich partii. Ideologia je dzisiaj nie różni.  Różni je odległość od władzy.  Kiedy ją tracą potępiają to, co same robiły.  PiS grzmi dzisiaj. Zapomnieli Mojzesowicza w hotelowym pokoju Begerową. I telewizję. I radio. I setki spółek, wobec których rząd ma coś do powiedzenia. Te rządy bardziej są polskie od tych z PRL-u? Tamci tak nie kradli. Mniej było prywaty.

To bulwersuje. Ale, przepraszam, jest marginesem. Normą stało się, że dzisiejsze mainstreamowe partie są najpierw po to, by zaspokoić apetyty swych wiernych członków. Normą też jest, że wyborcy nie oczekują reform, zmian, innowacji, wysiłku, wiedzy. Sawicki to ofiarny kozioł. Nie miał szczęścia do współpracowników. Wpadł w przeciąg. Wyzwaniem nie jest ani on, ani PSL. Wyzwaniem jest niechęć Polaków do takiego ukształtowania państwa, żeby partia dzieląca łupy, jak kartofle z własnego pola, nie miała czego dzielić. Rozwiązaniem oddzielenie partyjności żelazną kurtyną od wszelkich spółek. Pełna przejrzystość wydatków osobowych. Chce tego ktoś? Walczy o to? Ktoś walczy o dostęp do informacji publicznej? Pewnie dlatego Ursynów wybiera do parlamentu polityków Platformy, którzy jak w orwellowskim folwarku zwierzęcym ustawę o ograniczeniu dostępu nazywają ustawa o dostępie. Halickiego, Rockiego.

Dzisiaj wyborcy chcą przede wszystkim spokoju. Zero zmian. Żadnych reform. Silni mają więc to, czego chcą a słabi niech się bujają. Słabość jest wstydliwa. Nie tylko dla polityków. Także dla zwyczajnych ludzi, dla wyborców, dla większości jaka raz po raz ujawnia się w kolejnych polskich wyborach. Słabość, nawet najuczciwsza jest wstydliwa dla państwa, dla partii, dla ludzi, dla kościoła. Słaby znaczy niemądry. Nie dorobił się? Poseł? Widać dwie lewe ręce ma zamiast sprawnie funkcjonującego mózgu. Skąd ten pęd do zaistnienia w rankingu? Bo politycy wiedzą, że sukces, nawet szemrany, jak Jacka Kurskiego, popłaca. Daje głosy. Daje wyborców. Nie prawda to? Zmyślam? Nie rozum a głośność. Nie uczciwość a hucpa. Nie wiedza a wizerunek. Palikot wie więc łasy na władzę robi dokładnie to samo co ci, których medialnie zwalcza. Finansował OZON. Bo wtedy był czas, że finansowanie katolickiej konserwy dawało głosy. I te konserwatywne, parafialno-liberalne (resztę wziął PiS) głosy w Platformie idącej wówczas pod rękę z PiS-em, w Lublinie dostał. Zwalczając frakcję bardziej demokratyczną w tej swojej ówczesnej Platformie. Dzisiaj Palikot jest z FAKTAMI i MITAMI. Bo antyklerykalizm dzisiaj górą. On nie uzurpator. Myje uszy. Słucha ludu.

Pies gdzie indziej jest pogrzebany.

Mógłbym z cienkiej lufki. Ale nie chce mi się już z cienkiej lufki. W 1989 komuna to był PZPR. Mało kto chciał widzieć i wiedzieć, że mocno już wtedy (chociaż nie do fundamentu) zreformowany. PSL wymknął się odpowiedzialności. Jak Austriacy po II światowej wojnie. Ludowcy niewinni. Bronili narodowej substancji. Podobnie jak Kościół. Jak polska prawica. Zmuszano ich do tego wszystkiego, co nie halo pośród nich było. Na PRL’owskie przywileje zerkali z odrazą. Poprzez Ochotnicze Straże Pożarne i trzymaną przez nie służbę w Boże Ciało mieli parafialny katolicki kościół w przyjaźni. Kiedy ich posłowie łapczywie rwali się do fruktów nowej Polski i ktoś protestował, krzyczeli: „My to Ci, co żywią i bronią! Wara od nas”.  

Żywią i bronią. Dobry Boże! Zostawiam powstanie styczniowe, Podlasie, inne regiony Kongresówki. Żeromskiego gorycz opisaną w „Rozdziobią nas kruki, wrony…”. Ja mam przed oczami maleńki drzewienny, z modrzewiowych desek zbity kościółek z samego początku XVIII wieku. W Rębowie, nieopodal „mojego” Wyszogrodu. Na tym płaskim polskim  niżu zachował się na maleńkiej górce. Zewsząd otoczony kasztanowcami. A wokół, w szeroko otwartej podkowie, odchodzą groby, aż do muru, kolejnymi pierścieniami lat i epok. Systematycznie, w jakimś prowokacyjnie niepolskim porządku. Pierścień najbliższy, ledwo widoczny, to sam początek. Zaraz przy ścianie kościoła. Prawie przedostatni, blisko muru, to wojna ostatnia. Potem jeszcze trochę. Dzisiaj w  jest już nowy cmentarz. Ten nie jest grzebalny. W latach zwyczajnych na tym przykościelnym cmentarzyku na nagrobkach wyryte nazwiska trzymają stałą proporcję. Jedno do dziesięciu, może do dwunastu ziemiańskie (tam to ziemiaństwo niewielkie było, bardziej mazowieckie), do chłopskich. W latach powstań i wojen te relacje są drastycznie inne. Prawie 1:1.

Dla kogo robiliśmy tę rewolucję? Dla Serafina? Dla Łukasika? Dla Jońskiego, który Powstanie Warszawskie lokuje w 1989 roku? Dla Grada, który dopiero co uzyskany mandat na korporacyjne, państwowe zresztą pieniądze zamienia? Dla Staszka D., który „zapragnął sprawdzić się w biznesie”?  Dla Kulczyka, który każdej władzy łaskawy? Dla tych wszystkich dziubków w Enei, Tauronie, Orlenie, KGHM, PGNiG i innych licznych półpaństwowych i państwowych molochach obficie zaludnianych partyjnym narybkiem? Rzecz nie w nagraniu, za które Sawicki poleciał. Rzecz w tym, że Polska wciąż w starych komuszych koleinach. Pod wszystkimi ostatnimi rządami. Kiedy skończą się europejskie pieniądze obudzimy się w szambie. Chyba, że coś w tym naszym systemie partyjnym zmienimy. Ktoś jest ciekaw co?

wtorek, 10 lipca 2012

Kajakiem przez Polskę


Mam potrzebę, bez zaspokojenia której latem mnie nie ma. W lipcu, najlepiej na początku, kiedy dzień długi i burz mniej niż później – płynąć kajakiem. Gdziekolwiek. Dużych jezior nie lubię. Kończy się zazwyczaj na Drawie, Brdzie, albo Czarnej Hańczy. Głównie na Hańczy. Od kilku lat dbam o komfort. Łazienka, jajko na miękko w kieliszku na śniadanie. Pomidory z basilicum, pieprzem, cukrem, solą, oliwką na kolację. I wino czerwone w prawdziwych szklanych kieliszkach. Wynajmuję pokój z łazienką, wynajmuję kajak i biorę rower na dach auta by te sprawy połączyć. Bez tego mnie nie ma. Kilka dni w roku. Pięć, sześć głupich dni. 
A świat inny.

Przepraszam za patos – poznaję wtedy, ściślej – weryfikuję moje widzenie Polski. Wszystko tu ważne. Każdy człowiek. W kąpielówkach jestem, jak każdy. Może brzuch bardziej wklęsły od innych siwulców, a i od młodszych ode mnie o pokolenia J. Nie tylko więc tlen, a po burzy i ozon (niekoniecznie Palikota), które umysł przewietrzają. Doświadczenie prawdziwej Polski też. Tam, na moich trasach, innej nie ma.

Na Hańczę w tym roku jechałem przez Siedlce. W Siedlcach wykładam, próbuję coś zarobić, coś innego niż, domniemywam, inni wykładowcy, pokazać. Teraz, w drodze nad Hańczę, w białych podróżnych szortach zaliczałem spóźnialskim. To był mój prywatny czas. Nikt za to nie płacił. Zaliczałem leniuchom, jawnym plagiatorom, takim, którzy kwalifikowali się na powtórzenie roku. Takim, których przymusiłem do dodatkowego wysiłku.  Może byli zdziwieni. Może nie.

Pierwsza myśl z tego etapu podróży:  czy rzeczywiście jest wielkim polskim sukcesem ta wielka liczba studiujących? Może byłoby lepiej, aby ich nie promować? Może te ich studia to czysta iluzja? Biznes może szemrany? PO z PSL tym się zajmują? Inne rządy i koalicje? Ktoś, kurcze, w tej naszej Polsce poziomem wyższej edukacji się zajmuje? Kogoś obchodzi jakość wiedzy poświadczanej dyplomem? Nie mają jej, w znakomitej większości i mieć nie będą. Nie rozumieją, że wiedza to nie papier o wiedzy. Co z osobowością? Postawą? Skromnością i oddaniem?

Niczego takiego nie spotkałem. Myślą sobie – przyjeżdża do nich siur (taki jak oni – nie mają innych wzorów) – traktujemy go, jak siebie traktujemy. Jak siura. Siurowa Polska. Chcemy takiej? Chcemy, to za chwilę, takiej biało-czerwonej, niezwyciężonej, siurowej Polski? Dętej we wszystkich telewizjach i radiach?
A tu zdziwko! Siur, domniemany, jakoś nie jest siurem. Czegoś jednak wymaga. Elementarnej przyzwoitości. Zaczyna się resetowanie.

Bardzo to przykre.

Zlikwidować tę farsę! Niechaj szkoły wyższe znów będą państwowe. Nie dorośliśmy do innych. Jako naród. Nie mówcie nawet o państwie. Ono pochodne. Nie dorośliśmy jako biało-czerwoni. Niezwyciężeni. Z tłustymi obwisłymi brzuchami dwudziestopięciolatków. Co „kurwa” i „jebię”, jako studenci, maja za normalna polszczyznę. I wieszają biało czerwony baner na szybie swego audika na znak swego patriotyzmu. Niechaj lepiej przykładają się do nauki. Nie plagiatują.

Ktoś to jeszcze w Polsce rozumie?

Leżę sobie, w niedzielę ubiegłą, w ścisłym, ale dostępnym dla ludzi rezerwacie, blisko śluzy Perkuć. Sam. Pusto. Tylko gzy, ja i woda. Podjeżdża bmw’e. Na miejscowej rejestracji. Parkuje. Dwie tłuste i brzydkie panny. I jeszcze brzydszy kawaler. Ze zwisającym nad gumką majtek brzuszyłem. Z twarzą żadną. Jak te panny. I jeszcze jakiś łysawy cienki gość.

O.k. Przepotwarzam się w socjologa. Słucham. Myślę, że to jacyś dygnitarze. Okazuje się, że studenci. Ten facet z brzuchem do jaj i te panny tłuste i obrzydliwe to dwudziestokilku- latkowie. Panny są studentkami. Nie jestem do końca pewny, ale chyba białostockiego uniwersytetu. Jedna międliła językiem o zarządzaniu, druga o nauczaniu podstawowym. Co czwarte słowo, to „kurwa”. Co szóste „jebię”. I inne, rzadziej, równie treściwe. Nauczanie podstawowe. Na uniwersytecie! Boże! Jak dobrze, że moje dzieci już czterdziestoletnie.

Wracając, to ostatni mój dzień w Augustowskiem, włączam radio w aucie. Słyszę kieleckiego biskupa Ryczana. Spod Jasnej Świętej Polskiej Góry. O tolerancji i demokracji. Że ta demokracja i ta tolerancja, to fałszywe bożki. Mój Boże! – fałszywy to bożek demokracja? Nie dziwię się.

Kto ma dać Polsce jakość? Państwo, które nie akredytuje szkół? PO, która unika czegokolwiek, co ważne dla przyszłości Polaków? Biskupi, jak Ryczan, niemądrzy? Watykan z jego obecnym papieżem wspierający Radio Maryja? Polacy tępo się na to godzący? Palikot – powiatowy performers? Jakoś dziwnie pewny jestem, że te tłuste panny i ich faceci, co jedni i drudzy „kurwa” mają za podstawowe słowo polskiego języka i w bliskiej perspektywie uniwersytecki dyplom i ten niemądry kielecki biskup i nawet mediów faworyt, poseł Palikot, to jedna partia. Z dwoma wielkimi przywódcami na czele. Tuskiem i Kaczyńskim. I dwoma satelitarnymi. Nazwisk oszczędzę.

(Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku PASSA)

piątek, 29 czerwca 2012

ŚWIŃSKIEGO RYJA NIE PRZYNIOSĘ


Ani ryja nie przyniosę, ani aktu apostazji do drzwi domu biskupiego nie przybiję. Na rzeźnickim fachu nie wyznaję się.  Choć dziadek żony był masarzem. Kwestie wiary uważam za rzecz raczej dyskretną. Od Lutra kilka centymetrów rozumu mnie dzieli. On zresztą chciał Kościół naprawić, przypomnieć źródło. Swe tezy przybił nie do drzwi arcybiskupiego domu, lecz do małego kościółka w Wittenbergii. Chodziło o naprawę, nie o odejście. 95 poważnych argumentów przeciwko handlowi odpustami. Każda epoka ma ludzi na swą miarę. To publiczność decyduje czy do TVN24, albo i gdzie indziej, idzie się ze słowem, pomysłem, ideą, koncepcją czy wystarczy ryj.
Historia Kościoła Katolickiego w Polsce nie jest tak heroiczna jak widziałby ją Marszałek Jurek, ani tak obrzydliwa jak postrzega ją poseł Kotliński. Jest historią ludzi i organizacji. Wielka i marna zarazem. I taka sobie, powiedzieć można, zwyczajna. Jak ludzie, którzy Kościół tworzą. Dzisiaj akurat polski Episkopat nie ma szczęścia do tych lepszych. A i w Rzymie posucha.
Pan Donald Tusk, kiedy był jeszcze szefem największej partii opozycyjnej, ale z bliską perspektywą władzy, w 2007 roku ogłosił swą niewiarę w odpartyjnienie telewizji, nazywaną publiczną, lepiej wiec żeby poszła w niepamięć. Taka była jego idea. Dosłownie tego nie powiedział. On mało co mówi wprost. Zapowiedział zadziergnięcie finansowej pętli na finansach mediów publicznych. Niechże same się uduszą. Albo staną się komercyjno podobne. Usia siusia,  pupa w tle. Lepsze to niż coś, co stronniczo  obgaduje politykę rządu. Co upomina się za czymś, co poboczne w jego projektach. Albo nieważne. Gdzie podjęto by na przykład dyskusję, czy Polaków stać na najgorsze jakościowo uniwersytety w Europie, umowy śmieciowe, zatory płatnicze, sądy leniwe, prokuratury wyjęte spod prawa i przyzwoitości. Albo świński ryj i kartkę przypineskowaną do arcybiskupich drzwi.
Tymczasem relacja Kościół i Państwo, Państwo i Kościół – katolicki oczywiście, bo on w tej współczesnej debacie o demokracji, o równości, o sprawiedliwości i o roszczeniach w kwestii zadośćuczynienia za komunę najbardziej istotny – domaga się publicznej debaty. Bo są, za różnymi możliwymi rozwiązaniami konfliktów interesów i wartości, w przestrzeni tej relacji, istotne racje. Są racje: państwa, demokracji, prawa i sprawiedliwości (nie mylić z nazwą partii), kościoła oraz licznych wiernych- płatników podatków, obywateli, wyborców. Gdzie o tym gadać? W TVN24? TVP? Trójce? Polsacie? Sejmie? Wolne żarty!
Może o to premierowi i jego formacji, idzie. Niechaj gawiedź ma te swoje igrzyska (gdański syndrom? Kursko- podobni? „ciemny lud” co to kupi?), niechaj wentyle bezpieczeństwa zmniejszą ciśnienie, a my tam, we władzy, wiemy już co robić. Po co debata? Okazałoby się może, że nasza ministra niekoniecznie najmądrzejsza?
Od jakiegoś czasu, powiedzmy od dekady (lat, nie miesięcy), mniej więcej od kiedy byłem wiceprzewodniczącym przewodniczącego, w SLD, i przewodniczący (i premier wówczas) pojechał ocieplić swoje ego na ranczo Wielkiego Prałata, Kanonika prawie biskupa do Gdańska, powiedziałem sobie i nie tylko sobie: BASTA! Jeśli lewica też pielgrzymuje, to gdzie miejsce dla tych Polek i Polaków, którzy niezależnie od swej wiary albo bezwiary chcą, aby państwo było państwem. Nie podnóżkiem najpiękniej nawet udrapowanego we fiolety faceta. Nie strój przecież zdobi człowieka. Trzeba tych przebieranek by zyskać godność? W demokracji?
Może rozum i serce wystarczy?
Powiedziałem BASTA i pomyślałem – nie będę już więcej w partii, ani głosować nie będę, jeśli nie zapisze w swoim programie, że jest partią  r e p u b l i k a ń s k ą.  To nie jedyna kwalifikacja. Ale istotna. Tak samo jak to, czy jest za „becikowym”  (wtedy jestem PRZECIW), czy za finansowaniem przedszkola dla  k aż d e g o  dziecka, także tego w niezamożnych wiejskich gminach (wtedy jestem ZA).
Współcześnie, w tych dniach i miesiącach, buduję projekt, polityczny projekt – alternatywę dla SLD, PO i PiS. Kabareciarzy nie wspominam. Zechcą przenieść się z kabaretu (nie lekceważę kabaretowej formy ekspresji, to ważna funkcja), uwzględnię tak, albo inaczej, ale jako polityków a nie błaznów. Bo lepiej jest dla obywateli kiedy kabaret i polityka siedzą na swoich domenach. Nie łamią granic. Nie mówię więc o Pietrzaku, Korwinie i Palikocie. Jednego z nich sam bardzo cenię. Indywidualnie. Za osobowość. Za książki, które przeczytał.
Buduję więc ten nowy projekt. W tym projekcie  r e p u b l i k a n i z m  ma fundamentalne znaczenie.
Ale życie nie jest tak piękne, jakbym chciał. Na jakimś spotkaniu, w gronie budowniczych tego projektu, albo choćby aspirantów, upomniałem się o ten  r e p u b l i k a n i z m.  Jako fundament demokracji. A tu pewna dama:  hola, Celiński! Co też Pan wygaduje?! My tu liberałowie a Pan? USA! Partia Republikańska! A my Demokraci, jak Obama! Co Pan tu robi (to między wierszami)?
Odpowiadam: republikanizm kojarzy się jednym ze słoniem przeciw ostu. Jak w Stanach. A mnie, w Europie, między Odrą a Bugiem, Atlantykiem a Uralem, republikanizm kojarzy się z wolnością, równością i braterstwem. I tego się trzymam. Świński ryj wtedy niepotrzebny. Kabotyństwo też zbędne Najpierw Ozon potem pineski. Miara wielkości?

środa, 13 czerwca 2012

Mistrzostwa przykrywania


Przeszukanie domu, zatrzymanie i postawienia zarzutów wielkiej piosenkarce, człowiekowi-ikonie antysocjalistycznej popkultury lat 80., stawiającej  swymi nieczęstymi, ale zawsze fantastycznie celnie formułowanymi prześmiewczymi opiniami o zaklęśnięciu umysłów istotnych dla przyszłości Kraju elit – kościelnych i politycznych w wolnej już Polsce zwraca uwagę opinii publicznej nawet w dzień piłkarskiego meczu Polska-Rosja.
Znaleziono, wedle mediów 3, a wedle pani prokurator 2 gramy marihuany. Nie znam się na tym, ale ton wypowiedzi plus zdrowy rozsadek, a także wyobraźnia podpowiadają, że to ilość na raz dla domowników, jeśli prawda jest oczywiście to, że znaleziono to, co tam wcześniej już było a nie to, co tam się znalazło dla legalizacji przedsięwzięcia dość w swojej treści i okolicznościach dziwacznego.
Podawana mediom przyczyną rewizji było wywęszenie przez psa w warszawskim urzędzie celnym 60 gramów suszu w paczce adresowanej do piosenkarki. Powinienem w tym miejscu się osłonić szeregiem zastrzeżeń. Takim na przykład, że mało dzisiaj wiemy, że to początek dochodzenia,  zaś w wyniku przedsiębranych przez stosowne organa czynności na pewno wszystkie okoliczności sprawy zostaną odkryte a winni pociągnięci do odpowiedzialności a niewinni oczyszczeni.
Tyle, że kawa na stole. W dniu przeszukania media są poinformowane. Akurat o tym, co nie kwalifikuje się na wyrok skazujący wyrok, nawet jeśli to były 3 a nie 2 gramy na kuchennym stole piosenkarki. Znane jest imię i nazwisko, artystyczny pseudonim i okolice miejsca zamieszkania. A także istotne dla śledztwa dane dotyczące wyniku rutynowej wedle zapewnień urzędu celnego kontroli przesyłek.
Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem ani nawet ministrem Cichockim lub ministrem Gowinem (dla mniej zainteresowanych Cichocki to polski minister spraw wewnętrznych, zaś Jarosław Gowin – sprawiedliwości), by domyśleć się, że w podobnym dochodzeniu (nawet kiedy uzna się sens ścigania przez polskie prawo obrotu i posiadania marihuany), priorytetem działań podejmowanych przez organa, to nie te dwa albo trzy gramy marihuany w domu artystki, lecz kwestia stałości i ewentualnej powtarzalności ewentualnych dostaw, tożsamość nadawcy przesyłki pocztowej, charakter relacji łączącej nadawcę i adresata, legalność akcji nadawcy w kraju skąd przesyłka była nadana a też to, czy te dwa ewentualne ogniwa relacji są jedynymi ogniwami, czy też mamy do czynienia z jakimiś ogniwami pośrednimi, dłuższym łańcuchem transakcji. Nie powinna być także obojętna dla organów kwestia płatności, chociażby ze względu na (przynajmniej dla mnie) istotniejsze kwestia podatkowe. A to wszystko wymaga dyskrecji a nie wywołanej najwyraźniej przez organa państwa polskiego medialnej wrzawy.
Nie chce mi się wierzyć i nie wierzę, że dwaj wspomniani ministrowie i wszystkie niższe szarże i stanowiska policji państwowej i prokuratury nie wiedzą, że to co piszę jest wiedza elementarną sztuki ścigania. Tak elementarna jak nauka czytania w elementarzu Falskiego: „Ala ma kota”. Chyba, że mamy idiotów w Służbie Celnej, która składa się nie tylko z idiotów, ale ponadto rządzi prokuraturą i policją. Co byłoby niezgodne z polskim prawem, albowiem przeszukanie z wniosku celników wymaga wyprzedzającej akceptacji prokuratury i tylko na podstawie wydanej przez prokuraturę zgody policja mogłaby wejść do domu artystki dla przeprowadzenia w nim przeszukania.
Nie jestem, w moim sześćdziesiątym trzecim roku życia tak naiwny, by takie założenia przyjąć. Tuskowi i jego ekipie po prostu podoba się ta gra, kiedy żenującą miałkość swoich rządów udaje się skutecznie przykrywać kolejno wymyślanymi „eventami”, jak to się ostatnio w pięknej politycznej polszczyźnie mówi. Czym się różni, w stosunku do wielki9ej historii swego państwa i jego wielkich współczesnych perspektyw ta ekipa od poprzedniej. Ano tym, że poprzednia przykrywała istotę swych rządów wyimaginowaną aferą wiązaną z rynkiem obrotu ziemią. Platformie wystarczy trawa.

wtorek, 5 czerwca 2012

Nie pomyśleli?


Jest oczywiste, że pojęciowa zbitka „polski obóz zagłady”, albo „polski obóz koncentracyjny” świadczy nieprawdę,  jest krzywdząca, niesprawiedliwa, szkodliwa dla Polski. Jest naszym obowiązkiem ją rugować. Warto zdawać sobie sprawę z tego jednak, że jedynie w skrajnych przypadkach używana ona jest ze złą wolą, ze świadomością krzywdy, jaką wyrządza. Jeśli już ktoś publicznie przywołuje pamięć obozów zagłady to, z reguły on sam, jak i jego słuchacze, wiedzą o co chodzi. Nie jest to temat na bezokolicznościowe paplanie. Ciężar naszej odpowiedzialności za prawdę i dobre imię jest więc w przekazie edukacyjnym wobec instytucji i nośników informacji, które wiedzę o szerokim kontekście obozów zagłady kształtują. 

Przypadku prezydenta Obamy, przykrego, choćby ze względu na naszą wrażliwość, w żaden sposób zaliczyć nie można do tych, które wywołać powinny oburzenie. Zwłaszcza u osób świadomych rzeczy. Jest najzupełniej przeciwnie. Demonstrowane przez wytrawnych, a przynajmniej doświadczonych polityków oburzenie wobec tej niefortunnej wypowiedzi Obamy, jeśli jest szczere jest też niemądre. Świadczy o podległości zachowaniu stadnemu. O niekontrolowaniu emocji. Wykracza ono bowiem poza ramy odpowiedzialnego wyrażania samodzielnie formułowanych opinii wobec określonego zdarzenia w znanych okolicznościach. Prezydent Obama, demokrata, honorował dzielnego Polaka, Jana Karskiego, który próbował przekazać Światu równie wielkiej wagi co straszne informacje o losie Żydów w okupowanej przez Niemców Polsce. Informacjom tym nie dał wiary wielki demokratyczny poprzednik Obamy, Franklin D. Roosvelt. Obama użył sformułowania, które nas rani, ale nie ma jakiejkolwiek wątpliwości, że nie zrobił tego ze świadomością tego, że nas może zranić. Jego intencje są akurat oczywiście przeciwne. Tusk, Miller, Kaczyński i inni politycy, powinni zdawać sobie z tego sprawę. Ufam zresztą, że zdają sobie z tego sprawę, lecz z jakichś innych powodów swoją wiedzę w tej kwestii zawieszają na kołku. Od premierów można wymagać nie tylko wiedzy, ale i odwagi. Przeciwieństwem jednego i drugiego jest stadność.

Nie przywołuję innych: językowych, sytuacyjnych, historycznych argumentów przemawiających za tym, żeby w histerycznej reakcji na słowa Obamy nie uczestniczyć. A już na pewno jej nie nakręcać. Skłaniam głowę przed dwoma naszymi prezydentami: Lechem Wałęsą i Bronisławem Komorowskim. Z szacunkiem dla naszej polskiej wrażliwości i ze świadomością szkód, jakie w niektórych przypadkach może wyrządzać Polakom coraz mniejsza świadomość historyczna współczesnych, znaleźli właściwe słowa i potrafili je połączyć w pełne dobrego znaczenia zdania. Że prezydent Stanów Zjednoczonych wypowiedział lapsus, i że to jest szkodliwe i krzywdzące, a na dodatek głęboko niesprawiedliwe i niesłuszne, to oczywiste. Ale, że reakcja na jego słowa powinna uwzględnić fakt, iż jego intencje były dobre, godne i sprawiedliwe, to też ma wielkie znaczenie. Zwłaszcza, jeśli chce się takim lapsusom w przestrzeni publicznej debaty skutecznie zapobiegać.

Umiarkowanie w reakcjach na to, co przynosi codzienność, trzymanie emocji w bezpiecznym dystansie, brak egzaltacji wobec stanów umysłu i serca określanych słowami: duma, honor, prawda – wobec siebie a: obelga, brak kompetencji, kompromitacja – wobec innych wzmocniłyby nasze szanse bycia traktowanym poważnie. Niemiarkowanie sprawia, że nie tylko sami tracimy, ale i sprawy o które się upominamy doznają uszczerbku. Następnym razem, kiedykolwiek ktoś przyjdzie do urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych z pomysłem dla nas istotnym, dla niego niekoniecznie zrozumiałym, odpowie: „wrócimy do tego później”.

To co piszę w tej sprawie ma kontekst ogólniejszy. Czas na dojrzałość. Kiedy oceniamy innych róbmy to po starannym przemyśleniu ich pozycji, wyobraźni, wiedzy, wrażliwości, sposobu komunikowania się, hierarchii wartości, relacji pomiędzy intencją a komunikatem. Inaczej dajemy świadectwo nie tyle marności innych, co swojej niedojrzałości. Jedynie ktoś bardzo niepewny zachowuje się tak, jakby pozostawał w stanie nieustającego osaczenia. Dotychczas dawał świadectwo podobnej postawie w Polsce najczęściej Jarosław Kaczyński. W ubiegłym tygodniu dołączyli Miller i Tusk. Chyba nie pomyśleli.